Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Fenomen IV Koleżeńskiego Triathlonu w Więcborku organizowanego przez Łukasza Sosnowskiego polega na tym, że miał on niewiele wspólnego z oficjalnymi zawodami, ale i nie było w nim centymetra amatorszczyzny.

„Cho z nami!”

Gdy kilka dni temu spotkaliśmy się ze znajomymi na wspólnym treningu pływackim w Borównie, wywiązała się rozmowa na temat organizowanego 2 lipca w Więcborku triathlonu na dystansie 1/8. Jeden przez drugiego, bardzo rozentuzjazmowani, opowiadali, że niecodzienna formuła tych zawodów polega na tym, że nie przybierają one formy oficjalnych wyścigów, a raczej koleżeńskiej imprezy sportowej. Każdy uczestnik ma świadomość, że trasa rowerowo-biegowa nie jest zamknięta dla ruchu ulicznego, a pływacka odbywa się bez typowej dla tego rodzaju zawodów asysty ratowniczej. Każdy zawodnik zatem bierze za siebie całkowitą odpowiedzialność. Część ze znajomych uczestniczyła w tym niecodziennym treningu już parokrotnie i bardzo go sobie chwaliła. Zapaliłam się do niego jak dziewczę i postanowiłam po namowie kolegów wziąć w nim udział.

„Nie dajcie się zabić dla plastikowego pucharu”

Tym hasłem organizator powitał na odprawie 43 zawodników. Dla części z nich, w tym mnie, udział w jego przedsięwzięciu był jednym z ostatnich mocnych etapów przygotowań do Enea Bydgoszcz Triathlon. Plan był pocisnąć, ale nie na maksa, rywalizować, ale nie do odcięcia. Humory dopisywały, chociaż pogoda obrzydliwie brzydka!

Słońce się zlitowało

Start, do którego przeszliśmy całą grupą, zaczynał się kilkaset metrów od biura zawodów. Byłam jedną z bardzo nielicznych idących w klapkach. Ładne takie. Czerwone japonki. Niedawno kupione. Damulka. Można je było na szczęście zostawić w worku i odebrać na mecie. „Tylko żebym o nich nie zapomniała!”.
Zdążyliśmy zacząć rozgrzewkę, gdy wyszło słońce. O 9:20 rozpoczął się wyścig. Płynęliśmy 470 metrów. Kto nie czuł się pewnie, miał możliwość zaproponować bliskiej osobie asystę na kajaku. Uważam, że to wielkie udogodnienie zwłaszcza dla tych, którzy nie czują się dobrze na otwartym akwenie. Można też było płynąć z bojką.
Większość dystansu pokonałam żabką. Moja głowa niestety odmówiła posłuszeństwa. Odnosiłam wrażenie, że dzięki temu będę miała pełną kontrolę nad sytuacją. Nie wiem czemu, ale strasznie mi się dłużyło. Płynęłam bardzo powoli i wychodziłam z wody jako 36. zawodniczka.
Czas pierwszego etapu: 11:43.

A na zawrotce cheerleaderki z długimi rzęsami

Nigdy nie byłam w Więcborku. Wiedziałam, że to małe miasteczko, ale nie sądziłam, że jak z niego wyjadę na kolarzówce, towarzyszyć mi będą jedynie pola i łąki. Cisza i spokój. Ruchu żadnego. Może w sumie 10 aut na całym odcinku za terenem zabudowanym. Pełen komfort. W połowie połowy trasy zaczęli mnie już mijać wracający i z jednej strony było mi raźniej, bo nie czułam się sama jak palec, ale z drugiej dochodziło do mnie, jaka jestem powolna. Przypomniało mi się wówczas, że podobne uczucie towarzyszyło mi rok temu na ¼ BDG TRI. A że taka myśl działa demotywująco, szybko ją przepędziłam, zastępując tą, która wtedy pomogła mi się nie poddać: „Ja Wam jeszcze pokażę! Niech no tylko zejdę z tego roweru!”.
Uwielbiam wsiowe klimaty. Może mieszkać bym na wsi nie chciała, ale zapach krowiego łajna wcale mnie nie odstrasza! Dlatego jak zobaczyłam na zawrotce pasące się kilka metrów od szosy koleżanki wyglądające jak celowo ustawione na tę okoliczność wiejskie cheerleaderki, aż chciałam zawołać do wolontariuszy: „A zrobicie mi na fotę z krowami? Na kolarzówce?”. Ach, te ich rzęsy! Uroczy widok.
Otrząsnęłam się jednak w porę i tylko niedosyt pozostał… 😛

Kara za grzechy?

Powrót to jak kolarska droga krzyżowa. Ja pierniczę. Chwilami aż chybotało mną i moim kochanym rowerkiem. Stoczyłam przez 12 km taką walkę z wiatrem, jakiej nie miałam okazji do tej pory doświadczyć. Zweryfikowałam moje plany, zeszłam do parteru w temacie celu, jakim było równe trzymanie tempa. Wiatr odebrał wszelkie nadzieje na złamanie 1:30. Spekulacje runęły w gruzach. Jednym słowem – miazga. Oby nie spotkało to nas w najbliższą niedzielę…
Na dodatek w strefie okazało się, że w obu butach SPD zaklinowało się zapięcie i sporo cennych sekund straciłam na boksowanie się z dziadostwem. Już wiem, że na prawdziwe zawody muszę kupić inne.
Po odcinku rowerowym liczącym 24,5 km byłam 37 zawodniczką, za to wychodząc ze strefy już 42. Strata pozornie nie do odrobienia… 😛
Czas drugiego etapy: 00:57:43.

No! To teraz moje pięć minut!

Trochę się zakręciłam, bo, jak to zwykle u mnie bywa, nie słuchałam wskazówek na odprawie i nie pamiętałam, którędy się wybiega, co niewątpliwie mnie zestresowało, a poza tym zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam ze strefy żelu. Czułam spadek magnezu. Zaczynając odcinek biegowy, zrobiło mi się nawet słabo i niedobrze. Uratowała mnie woda wręczona przez wolontariusza na początku trasy biegowej. Kilka łyków wystarczyło, bym się ogarnęła. Odcinek wiódł wokół jeziora. Uwielbiam biegać sama i to pozwoliło mi na odzyskanie równowagi i nabranie właściwego tempa. Nie miałam nóg ani z gumy, ani z betonu. Leciało mi się super i kilka osób udało mi się wyprzedzić. Czułam moc i wreszcie wiedziałam, że jestem w swoim żywiole. Chętnie na pętli przegryzłabym choćby kostkę cukru, ale w duchu byłam przekonana, że i bez niej nie zwolnię. Na 4 km miałam najszybsze tempo – 4:36. Dzięki biegowi pani „grzebalska” nadrobiła straty poniesione w strefach (aż wstyd się przyznawać – 8 minut). Ukończyłam mój drugi triathlon jako 36. Dzięki średniemu tempu 4:48 byłam po tym odcinku 14 zawodniczką i jednocześnie pierwszą kobietą. Ha! Numer startowy – 7 – zobowiązuje.

Czas trzeciego etapu: 24:49.

Wynik końcowy: 1:42:19.

Mocna ekipa z Bydgoszczy

Zanim przejdę do podziękowań organizatorom, kilka słów o bydgoskiej ekipie. Bez emfazy powiem, że mam naprawdę super kolegów. Mocna ekipa triathlonistów z Bydgoszczy czekała na mnie na mecie, wrzeszcząc wniebogłosy i tym samym odejmując mi od ostatecznego wyniku co najmniej kilkadziesiąt sekund. Dostałam jeszcze na koniec takiego speeda, że przekraczając metę z tętnem ponad 180, miałam uśmiech na twarzy. Nie dość że świetni z nich sportowcy, to jeszcze fantastyczni kibice i bardzo dowcipni ludzie. Spisali się, począwszy od zachęcenia, bym pojechała na ten triathlon z nimi, przez wspólną podróż, po śmichy-chichy i wygłupy podczas wręczania pucharów i nagród. Dzięki wielkie, Chłopaki!

„Chcę znać każdego z imienia”

Łukasz Sosnowski to niezwykle skromny, pogodny młody człowiek. Kiedy cztery lata temu wpadł na pomysł, by pobawić się w organizację tego przedsięwzięcia, zgłosiło się do udziału w nim kilkanaście osób. Jego znajomych.
Na pytanie, czy kiedykolwiek chciałby zmienić formułę tych wyjątkowych zawodów, odrzekł: Musiałbym poświęcić na to mnóstwo czasu, a ja go po prostu nie mam. Nie chciałbym więc powiększać limitu miejsc. 50 zawodników wystarczy. Poza tym chcę każdego uczestnika znać z imienia. Bardzo zależy mi na tym, by zawodnicy nie mieli poczucia, że są moimi klientami, a, jak wiemy, często do tego sprowadzają się oficjalne zawody.
Kiedy zapytałam, jak w jego mniemaniu odbierany jest w środowisku lokalnym jego pomysł, bez zająknięcia odpowiedział: Nie chciałbym, by ktokolwiek nazywał mnie organizatorem tego triathlonu. My wszyscy jesteśmy jego współorganizatorami. Mam wokół bardzo życzliwych ludzi i wielu wolontariuszy do pomocy na każdym odcinku trasy. O punkt żywieniowy dbają sami zawodnicy, przywożąc ze sobą jedzenie dla innych. Nagrody fundują sponsorzy. Bez tych wszystkich ludzi nie byłoby tej imprezy.
W trakcie rozmowy wypłynął też temat asysty ratowniczej. Byłam przekonana, że będziemy płynąć bez niej. Tymczasem Łukasz wyjaśnił: Na kajakach płynęli zarówno wolontariusze, rodziny tych, którzy poprosili o wsparcie, jak i czterech ratowników.
Wszyscy ukończyli 1/8 Ironmana cali i zdrowi. Było bezpiecznie i odpowiedzialnie. Można? Można!

Autentycznie, naturalnie i profesjonalnie

Zawodnicy, wolontariusze, sędziowie, rodziny kibicujące rozsiedli się na murawie boiska w oczekiwaniu na ogłoszenie wyników. Było swojsko i naturalnie. Bez bufonady. Dla pięciu pierwszych kobiet i mężczyzn statuetki, dla wszystkich medale i dyplomy, dla najszybszych mieszkańców Więcborka nagrody rzeczowe, dla wylosowanych upominki.
Na 9 kobiet startujących byłam piąta (jedyna bydgoszczanka), więc, co było dla mnie absolutnym zaskoczeniem, wręczono mi puchar. To nie kokieteria, jeśli powiem, że się nie spodziewałam, bo autentycznie się nie spodziewałam. Uroczy akcent dnia, który bardzo motywująco podziałał, bo, umówmy się, jaka tam ze mnie triathlonistka!

„Ja polecam, a Ty?” „Ja też!”

W ubiegłym roku w plebiscycie zorganizowanym przez lepszytriathlon.pl otwarty trening Łukasza wygrał ranking na najbardziej polecaną imprezę tri. Jak skomentował ten fakt?
Chciałem pokazać kilku ludziom: „Hej, zobaczcie, triathlon nie jest zarezerwowany dla nadzianych gości, super atletów i mistrzów treningu”. Że jedyne, co musisz zrobić, żeby wystartować, to umyć rower i wstać wcześniej w niedzielę.
Impreza przyciągnęła wielu sportowych zapaleńców, ale dla mnie największym zaskoczeniem było spotkać na niej pana Rysia Kałaczyńskiego – tego od 366 maratonów zaliczonych w 366 dni. Ma w planach 100 Ironmanów, a triathlonowy debiut zaliczył właśnie w niedzielę w Więcborku.
A co do mnie, wstałam o wiele wcześniej niż zwykle robię to w niedzielę i… nie żałuję.
Powiem więcej. Za rok też wstanę!

PS
Zostawiłam po sobie ślad w postaci tej relacji, a w Więcborku czerwone japonki. Odbiorę za rok.

Dziękuję!

fot.:

Jacek Kryger, Krzysztof Koniec, Piotr Pubanz, Magdalena Starzecka, archiwum własne.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.