Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Marika Popowicz-Drapała – dla dobrze niezorientowanych – wielokrotna mistrzyni w biegach sprinterskich na szczeblu krajowym i zagranicznym, specjalizująca się w biegach sztafetowych, ma na swoim koncie wiele cennych trofeów. Jest dwukrotną uczestniczką Igrzysk Olimpijskich, dwukrotną brązową medalistką Mistrzostw Europy Seniorów w sztafecie 4 x 100 m, na swoim koncie ma ponad 50 medali Mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych. Po dotkliwej kontuzji pnie się po szczeblach sportowej kariery i jest w życiowej formie. W czerwcu br. zdobyła srebrny medal w Drużynowych Mistrzostwach Europy.

Jest słoneczny piękny dzień. Umówione jesteśmy w kawiarni. Czuję, że to będzie serdeczna rozmowa, bo Marika to ciepła, otwarta osoba. Znamy się prawie rok, bo razem z biegowymi znajomymi uczęszczamy na zajęcia do Akademii Motoryki, które prowadzi. Nie zamierzam pytać tylko o sport. Bardziej ciekawi mnie, jakie ma poglądy na świat i życie. Chociaż wiem, że daleko mi do dziennikarki, a pytania, niepowiązane ze sobą, zapisane na czterech luźnych kartkach, nie chciały ułożyć się w spójną całość, nie mam tremy. Marika nie buduje muru. Jest śmiesznie i swobodnie.
Witam się z nią, wołając: „Cześć, krucha dziewczyno z Kruchowa!”, na co ona z uśmiechem odpowiada: „Hej, jestem spod Gniezna, nikt mnie nie zna!”.
O.: Jesteś po owocnym sezonie zakończonym wielkim sukcesem. Zanim jeszcze rozpoczniemy rozmowę, raz jeszcze serdecznie Ci gratuluję. Tobie i całej Waszej czwórce. Biegasz razem z trzema innymi sprinterkami. Co poza ciężką pracą wpłynęło na Wasz wspólny sukces? Co jest według Ciebie najważniejsze w pracy zespołowej?
M.: Dziękuję w imieniu swoim i pozostałych dziewczyn! Nasza sztafeta to cztery indywidualistki, które w kluczowym momencie muszą stworzyć zespół nie do pokonania. Mogę walczyć w pojedynkę, ale w decydującej chwili warto mieć za sobą armię. W pracy zespołowej ważne jest zaufanie, umiejętność komunikacji i zdolność pójścia na kompromis. Nie zawsze mój pomysł musi być strzałem w przysłowiową 10. No i oczywiście bardzo ważna jest atmosfera. My się po prostu lubimy!
O.: Nadeszła pora na zasłużony relaks. Dokończ zdanie: „Dla mnie roztrenowanie to…”
M.: Wolność! (śmiech). Nauczyłam się już, że to okres odpoczynku dla mojej głowy. Często ciało rwie się do sportu i po dwóch tygodniach już mnie nosi. Tylko że od czasu kontuzji jestem świadomym sportowcem i wiem, że na dłuższą metę nie przynosi to żadnego pożytku. Mam więc czas dla rodziny i znajomych, mam czas na nadrobienie towarzyskich zaległości, częściej odwiedzam dom rodzinny. To reset głowy, który nigdy nie wiem, ile potrwa. Rok temu nie wystarczył mi miesiąc. Nie wypoczęłam. Po pierwszym treningu powiedziałam trenerowi, że nie jestem gotowa, by podjąć nowe wyzwanie. Nauczyłam się słuchać siebie. Dni i tygodnie to umowne daty i czasem wystarczy dołożyć tydzień wakacji, by motywacja wróciła. Grunt, by mieć czystą kartę i zamknięty rozdział. To się czuje.
O.: Wspominasz o rodzinie, o domu rodzinnym. Też tak masz, że lato przywołuje wspomnienia dziecięcej beztroski? Ostatnio pisałam nawet o tym na blogu. Opowiedz nam o swoich przeżyciach.
M.: Tak! Wakacje nastrajają nas do wspominania, a lato jest szczególnym okresem, bo wiąże się z wolnym czasem spędzanym przeze mnie z rodzicami czy ze znajomymi. Teraz dzieci „odpoczywają” sporo godzin przed telewizorem czy komputerem, a myślę, że wiąże się to też z tym, że rodzice mają dla nich mniej czasu niż kiedyś nasi. Moi mieli go dla mnie sporo. Zimą jeździłam się po zamarzniętym jeziorze na łyżwach, latem wokół jeziora na rowerze. Tata uczył mnie pływać, ze znajomymi graliśmy w butelkę czy budowaliśmy bazy. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, bywały tak gorące dni, że mama z troski nie pozwalała mi wyjść na podwórko i kazała poczekać, aż się trochę ochłodzi. To były najstraszniejsze godziny spędzone w domu, bo znajomi już pukali do drzwi. (śmiech).
O.: Skoro już jesteśmy przy dzieciństwie, a czyta ten wywiad spora grupa moich uczniów, którzy znają Cię i podziwiają, zdradź, jaki był Twój ulubiony i znienawidzony przedmiot w szkole.
M.: Uwielbiałam język polski (wspólny śmiech). Przypadek?
O. : Nie sądzę!
M.: Za to nienawidziłam fizyki. Tyle że, co zaszczepili we mnie moi rodzice, byłam bardzo wszystkiego ciekawa, mimo że niewiele z tego rozumiałam. Podobnie było na chemii – nie pojmowałam przemian, wzorów, nie lubiłam wkuwania na pamięć. Za to uwielbiałam interpretację prozy i poezji. Czułam się w tym jak ryba w wodzie. Śmiałam się tylko z siebie, bo za każdym razem myślałam o czym innym niż autor.
O.: Ha! Bo to klucz do wolności! Nie mylić z maturą. (wspólny śmiech).
M.: Ale paradoksalnie najgorsze przeżycie ze szkoły wiąże się właśnie z językiem polskim. Miałam w 6 kl. SP nauczycielkę j. polskiego i historii, którą bardzo dobrze wspominam, chociaż bardzo mnie cisnęła. Doszło już do tego, że w domu płakałam, a w ostatnim miesiącu szkoły bałam się chodzić do niej na lekcje. Okazało się, że ta pani wystawiła mi na koniec roku dwie szóstki. Było to więc najgorsze, ale i najlepsze szkolne przeżycie. Wtedy tego nie rozumiałam. Przeszłam drogę, na końcu której czekała mnie nagroda.
O.: To jak metafora życia…
M.: Tak. To była pierwsza prawdziwa lekcja życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ci, którzy nas cisną, dopingują do pracy, wierzą w nas bardziej niż my sami. Często tak właśnie myślą uczniowie – „ten czy tamten nauczyciel się na mnie uwziął”, a potem wychodzi, że to właśnie ci nauczyciele nas najbardziej doceniali.
O.: Jakie Twoje cechy charakteru pomagają Ci osiągać sukcesy w sporcie?
M.: Myślę, ze głównie dwie – jestem bardzo uparta i do tego bardzo ambitna. Myślę, że predysponuje mnie do tego znak zodiaku. Jestem bykiem.
O.: Zobacz, jakie pytanie chciałam zadać jako kolejne: „Czy wierzysz w znaki zodiaku?” Bo sprawdziłam przed wywiadem, że jesteś bykiem – jak ja… (wspólny śmiech).
M.: Im dłużej jestem na tym świecie, tym coraz bardziej dostrzegam analogię pomiędzy tym, co cechuje dany znak zodiaku a tym, jakie cechy osobowości charakteryzują daną osobę. U mnie się zgadza – jestem książkowym bykiem. Jak sobie obiorę jakiś cel, to konsekwentnie do niego dążę i zazwyczaj go osiągam. Fakt, że zbliżam się do niego często małymi kroczkami, nie zniechęca mnie, bo sport nauczył mnie cierpliwości, wytrwałości, słuchania siebie i ogromnej pokory. Cechuje mnie też pracowitość i wiem, że ciężka praca jest drabiną do sukcesu.
O.: Czym w takim razie mogłabyś się zajmować, gdybyś nie była sprinterką?
M.: Na pewno kręciłoby się to jednak wokół sportu. Jako trzyletnie dziecko pojawiałam się już z tatą na stadionie żużlowym, bywałam na meczach piłki nożnej halowej, piłki nożnej V Ligii w moim Trzemesznie. To tata zaraził mnie miłością do sportu. Ale miałam też zamiłowanie do nauk humanistycznych. W szkole podstawowej wygrywałam konkursy recytatorskie i przebijałam wszystkich w temacie ilości wypożyczonych książek z biblioteki. A zatem może dziennikarstwo sportowe?
O.: A jakie talenty odkryłaś w sobie w dorosłym życiu?
M.: Odnajduję w sobie pasję do codzienności. Sportowe życie pod reżimem nie pozwala cieszyć się prozą życia. Dojrzewam więc, by czerpać satysfakcję z tego, że na przykład bardzo dobrze piekę czy gotuję, o co nie podejrzewała mnie moja rodzina. Staram się w sobie odnajdywać plusy i pielęgnować małe codzienne radości.
O.: Mam okazję obserwować Was, Ciebie i Radka, na Akademii Motoryki. Ty odpowiadasz za sportową stronę, a Radek jest fizjoterapeutą. Świetnie się uzupełniacie i widać, że jesteście partnerami i zawodowo, i prywatnie jako małżeństwo. A co poza sportem jest Waszym wspólnym mianownikiem?
M.: My jesteśmy jak ogień i woda! I mimo różnic jest coś, co dla każdego z nas jest najważniejsze – rodzina. Oboje też jesteśmy bardzo pracowici, a Radek chyba nawet bardziej ode mnie. A to, że jesteśmy różni charakterologicznie pozwala nam uczyć się od siebie wzajemnie. Ja jestem otwarta, a przez to i ufna. Mój mąż jest z kolei skryty, musi poznać kogoś bliżej, nim się otworzy. Ja niestety przez to częściej dostaję po głowie, ale od tego mam właśnie Radzia, który siedzi mi na ramieniu i mówi: „Uważaj, bądź ostrożna”. Bardzo się cieszę z tego, że potrafimy ze sobą rozmawiać, a nawet jesteśmy już na tym etapie, że umiemy się z tego śmiać. Rozumiemy się, akceptujemy i nie staramy się siebie zmieniać. Każdy z nas potrzebuje swojej przestrzeni do życia i to szanujemy. Tak jest nam dobrze.
O.: Trzy rzeczy, które zabrałabyś na bezludną wyspę.
M.: Radka…
O.: Rzeczy! (wspólny śmiech)
M.: No dobra, Radka w walizce, ale to by się liczyło jako jedna? (gromki śmiech)
O.: Hm. Matematyka to, jak się okazuje, i moja, i Twoja pięta achillesowa.
M.: Spotkały się dwie humanistki! Jeśli Radka w walizce, to już nie byłabym na bezludnej wyspie. A on upolowałby mi coś do jedzenia, zorganizowałby wodę i ogień.
O.: Co za rycerz z tego Twojego Radzia!
M.: I na pewno zabrałabym pastę do zębów. Ona daje mi poczucie świeżości. Wzięłabym też najgrubszą książkę. A tak naprawdę wiem, że powinnam być pragmatyczna i zapakować jakiś wielofunkcyjny scyzoryk.
O.: Dla odmiany zapytam o coś poważnego. Akademia, oprócz tego, że już święci triumfy popularności, jest fundamentem pod coś, co ma zapewnić Ci komfort na sportowej emeryturze?
M.: Na pewno. Powstała z inicjatywy Radka. Spędzam w niej swój wolny wieczorny czas. Powiedziałaś, że Akademia święci triumfy popularności, a tak naprawdę nie zależy mi, żeby była popularna, tylko skuteczna! To nasza naczelna zasada – chcemy sprawiać, aby sportowcy szybciej wracali do formy po kontuzji, aby poprawiali swoje osiągnięcia. Stawiamy na jakość. Chciałabym nauczać tego, czego sama już się nauczyłam, przekazać to innym – sportowcom, sportowcom-amatorom, dzieciom. Dodatkowym plusem jest to, że mamy możliwość wspólnie z Radkiem połączyć nasze pasje – jego zapęd do uzdrawiania ludzi i mój zapęd do sportu. Zresztą tak właśnie Akademia jest reklamowana przez naszych podopiecznych – dociera do nas informacja zwrotna, że staramy się niwelować słabe punkty człowieka.
O.: To prawda! Mam ich, jak wiesz, sporo. (wspólny śmiech)
M.: Ale pielęgnujemy i doskonalimy też zalety. To dla mnie bardzo komfortowa sytuacja, że mam już podłoże, niejako zabezpieczenie.
O.: A jakie korzyści czerpiesz z pracy ludzi w Akademii?
M.: Poza tym, że to na razie odskocznia, która daje mi kopa, to przede wszystkim cieszę się, że mogę być dla wielu ludzi motywatorem. Poza tym mam w nich ogromne wsparcie. Bo nie jest moim zdaniem do końca prawdą stwierdzenie, że trenujemy tylko dla siebie. Ludzie są siłą napędową. Cieszę się, że mogę się z nimi podzielić moją radością. Gdy sama zjesz cały tort, zemdli cię, ale gdy podzielisz się nim z innymi, wszyscy są syci. Ponadto ogromnie motywuje mnie każdy sukces moich podopiecznych – medal czy puchar, progres na ćwiczeniach czy wyjście z kontuzji. To dla mnie największa nagroda. I odwrotnie – przeżywam też ich porażki i niepowodzenia. Poznaję ludzi niezwiązanych ze sportem wyczynowym, z którymi wymieniam się doświadczeniami, słucham ich, poznaję nowe spojrzenie na życie i na sport. Jestem wdzięczna mężowi, że wpadł na pomysł założenia Akademii Motoryki. Zawsze powtarzałam, że na „stare lata” nie będę siedzieć w sporcie, a tu proszę!
O.: Jesteś idealistką czy realistką? Rządzą Tobą uczucia czy rozum?
M.: Jestem idealistką. Okropną idealistką! Rodzice nauczyli mnie, że z zasady ludzie są dobrzy, że świat jest dobry. Dlatego łatwo mnie zranić. Dlatego świetnie, że się z Radkiem spotkaliśmy, bo on kieruje się rozumem. Wiele razy jest tak, że ciężko mi komuś czegoś odmówić i nie jestem tak asertywna, jak powinnam, bo z założenia myślę, że ktoś chce dla mnie tylko dobrze. I wtedy cierpię. A wówczas Radek się ze mnie śmieje, że mam dobre serduszko. Jestem klasycznym przykładem tego, co mówi powiedzenie: „Jak ma się miękkie serce, to trzeba mieć twardy tyłek”. Tylko że mimo iż spotykają mnie czasem zawody, przyświeca mi zasada, o której mówił profesor Bartoszewski. Warto być przyzwoitym człowiekiem. Ta prosta myśl zawiera wszystko, co chciałam powiedzieć.
O.: Jeśli już jesteśmy przy mentorach, opowiedz, kto jest Twoim sportowym, a kto życiowym autorytetem.
M.: Niestety w sporcie ciężko o autorytety, bo one w sekundę mogą runąć. Mam na myśli doping. Trudno o nieskazitelne charaktery. Na pewno za sportowego nauczyciela mogę uznać Tomasza Golloba. Poznaliśmy się w Akademii. To on podzielił się ze mną refleksją, że nikt nie powinien decydować za mnie, kiedy powinnam skończyć karierę, że mam robić to, co kocham tak długo, jak będę czerpała z tego korzyści mentalne. Według niego nie ma w życiu nic ważniejszego niż pasja. Imponuje mi podejściem i zaangażowaniem do pracy i mimo że to sportowiec z takimi osiągnięciami, znalazł czas, żeby obejrzeć mój występ na Igrzyskach w Rio. Wielokrotnie obserwowałam, ile pracy wkłada w treningi, a jego radę przekładam nie tylko na życie sportowe: „Jak chcesz być lepsza od kogoś, kto jest lepszy od ciebie, to musisz trenować tyle co on i godzinę dłużej”. Autorytetami w życiu byli i są dla mnie moi rodzice: pracowici, prawdomówni, zawsze popychający mnie do przodu. To oni nauczyli mnie, że wstydem nie jest nie wiedzieć, tylko tego braku wiedzy nie uzupełniać i że nie ma pytań bez odpowiedzi. Im zawdzięczam ciekawość świata i odwagę. Miałam 13 lat, kiedy przeprowadziłam się do Bydgoszczy. Wiedziałam tylko, na którym przystanku mam się przesiąść, żeby dojechać do szkoły i jak ze szkoły dojść na Zawiszę. Nie było jeszcze wtedy komórek. Oni mi zaufali, a także zaszczepili odwagę i nadzieję, że się uda, bo warto. A żeby nie było tak patetycznie na koniec: że nie zainteresowała się nimi i mną opieka społeczna? (śmiech)
O.: Lubisz Bydgoszcz?
M.: Bardzo!
O.: A za co?
M.: Głównie za ludzi, których tu spotkałam. Mieszkam w Bydgoszczy od 16 lat i myślę, że można wybrać sobie drogę, którą się idzie, ale ciężko wybrać sobie ludzi, których się na niej spotyka. Ja miałam szczęście do osób, które potrafiły pokierować moją karierą, które wiele mnie nauczyły i dały możliwość rozwoju. A co do miasta, obserwuję, jak się rozwija, jak kwitnie w oczach. Uwielbiam Myślęcinek i wszystkie jego zakamarki, Wyspę Młyńską, Kanał Bydgoski, Ostromecko. Bardzo lubię stare i te nowe knajpki. Bydgoszcz zaczyna mieć klimat i ma wielki potencjał. I niby to duże miasto, a społeczność bydgoszczan się zna. Myślę, że tu z Radziem zostaniemy.
O.: Z racji tego, że ja nie biegam krótkich dystansów, a Ty nie biegasz długich, zdradź, jaki był Twój najdłuższy odcinek, jaki pokonałaś?
M.: 16 km i to tylko dlatego, że zgubiłam się w lesie z koleżanką! (wspólny śmiech). A tak poważnie, w okresie zimowym sprawiają mi ogromną przyjemność 10-kilometrowe zabawy biegowe.
O.: A jest coś, za co cenisz długodystansowców?
M.: Cenię takich biegaczy przede wszystkim za to, że potrafią tyle biec razem ze swoimi myślami i się tym nie znudzić. Ja biegnę 100 metrów i, nie uwierzycie mi, ale mam mnóstwo myśli po drodze! A już na 200 metrów? W tym czasie pół życia potrafię przemyśleć (wspólny śmiech). I wtedy zastanawiam się, nad czym w takim razie myśli maratończyk. Bo ja przez te 42 kilometry przemyślałabym życie swoje, Radzia, koleżanki, mamy, taty i wszystkich świętych.
O.: Czytają ten wywiad moi biegowi przyjaciele, którzy są w głównej mierze amatorami. Czy jest coś, co chciałabyś im z tego miejsca przekazać?
M.: Jestem dla nich pełna podziwu. Za motywację, za chęć bycia coraz lepszymi od siebie i przede wszystkim za to, że oprócz tego, że trenują, to jeszcze pracują i wychowują dzieci. A jak już słyszę, że ktoś robi triathlony, to zwyczajnie łapię się za głowę.
O.: Z autopsji wiem, że czym ma się więcej zajęć, tym jest się bardziej zorganizowanym.
M.: Tak! I dlatego mam dla Was uznanie właśnie za organizację czasu. Bo my, zawodowi sportowcy, mamy wiele podane na tacy, np. na obozach czekają na nas posiłki i dopiero w domu wychodzi, że wykonanie prozaicznych czynności jest najbardziej czasochłonne. Do tego dochodzi poświęcanie nierzadko ciężko zarobionych pieniędzy. Wiadomo, że my też w siebie inwestujemy, ale to jakby inny target. I dlatego jestem zdania, że nie liczy się to, jaki mamy status społeczny, tylko kim jesteśmy i czego oczekujemy od życia. Cenię ludzi, którzy mają na siebie pomysł, chcą coś osiągnąć i mają pasję. A jeśli sportowiec-amator może stanąć na podium na swoich zawodach, to dlaczego ja nie mogę stanąć na moich? I piękne jest to, że mamy takie same cele. One łączą i wszyscy możemy się wiele od siebie nauczyć. A tak już na koniec powiem, że dzięki Akademii nauczyłam się kibicować. Doświadczam tego od niedawna i jest to dla mnie nowe wspaniałe przeżycie, które także bardzo zbliża ludzi. Wiem, jak ważne jest mieć swoich na stadionie i dlatego cieszę się, kiedy ja za Waszą obecność mogę odwdzięczyć się tym samym.
O.: Bardzo dziękuję Ci, Mariko, za serdeczną rozmowę. Uśmiałyśmy się, kawa wypita, lody zjedzone. Życzę Ci podczas roztrenowania błogiego leniuchowania.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.