Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Niby ostygłam, ale nie do końca. Emocje są we mnie nadal, a jak dotrwacie do końca, to ufam, że zrozumiecie, dlaczego nie byłam w stanie napisać tego reportażu od razu. Ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, że tego dokonałam – zwłaszcza jak na chłodno widzę te liczby, ten dystans. I nie będę ukrywać – jestem bardzo „uśmiechnięta” uznaniem ze strony moich bliskich, przyjaciółek i znajomych.

***

W grudniu postanowiłam – robię 1/2 Ironmana. „8 miesięcy wystarczy, by się przygotować” – tak wtedy pomyślałam. Późną zimą zapisałam się na naukę pływania kraulem. I nauczyłam się. Wiosną kupiłam kolarzówkę. I na niej też się nauczyłam. Jedyne czego nie musiałam, to uczyć się biegania. Pływanie na basenie szło mi całkiem spoko. Rozpierała mnie duma do czasu, aż pierwszy raz nie weszłam w piance do jeziora. Masakra. Ale nie, nie, ja się tak szybko nie poddaję. Przełamałam się, pokonałam barierę lęku i jakoś poszło. I wtedy umówiłam się ze znajomymi na Open Water. Żyłam w błogim przeświadczeniu, że pływam jak strzała! A tu… byście to widzieli! Nim dopłynęłam na drugi brzeg jeziora, towarzystwo już niemal wróciło. I tak kilka razy. Ale za każdym razem, gdy wkradało się zwątpienie w sensowność rzucania się na głęboką ironmanową wodę, myślałam: „Halo, pani, toż to tylko pływanie! Toć masz jeszcze roweryk. Rowerykiem pociśniesz tak, że wszystkim kaski pospadają!”. Niestety, tempo jazdy na rowerze było analogiczne, po prostu wprost proporcjonalne do pływania w jeziorze. Przekonałam się o tym już na Bydgoszcz Triathlon, a czym bliżej do startu w Borównie, tym bardziej się w tym przekonaniu utwierdzałam. Pozostała wiara, że bieganiem jestem w stanie sprawić, że ukończę ½ IM, mieszcząc się w limicie. A tak już całkiem serio powiem, że jedynie to, że szybko biegam, trzymało mnie w nadziei, że jest sens wystartować. W chwilach zwątpienia przypominałam też sobie słowa sobie kolegów – Gracjana T. i Jarka z Tristyle, którzy namawiali mnie, bym spróbowała, walczyła i się nie poddawała. Nie mówiąc o tym, że obaj gadali jakby się zmówili: „Za rok będziesz w K40, to już w ogóle będziesz miała małą konkurencję”. Także tego. Wychodzi, że mam powód, by jak najszybciej ukończyć czterdziestkę. Na przekór stereotypom można z niecierpliwością czekać na ten jubileusz. 😛 W sobotę byłam bardzo pozytywnie nastawiona, nie towarzyszyły mi kompletnie żadne obawy. Stojąc w stefie T2, rozmawialiśmy z grupką znajomych. I wtedy podszedł do nas Krzysiek – mistrz tri, który zgarnia na przemian z Gracjanem wszystkie trofea. Przysłuchiwał się temu, co mówię na temat mojego debiutu. „Ja chcę się po prostu sprawdzić. Chcę to ukończyć”. A on wypowiedział wtedy zdanie, które dźwięczało mi w uszach całe 6 godzin i 16 minut, bo tyle trwały moje zmagania: „Pamiętaj, triathlon wygrywa się bieganiem”.

***
Etap I

„Mają całe jezioro, a oni muszą płynąć akurat obok mnie?”

Bardzo zaskoczyła mnie moja najukochańsza przyjaciółka Magda, która pojawiła się ze swoim tatą w Borównie. Na kilka minut przed startem odnalazła mnie w tłumie pływaków, by mnie wyściskać i życzyć powodzenia. Wiedziała, że to najtrudniejsze zawody, w jakich brałam udział. Jeszcze nie wystartowałam, a ona już była wzruszona. Nigdy wcześniej nie miała okazji mnie dopingować. I była ze mną do mety. Jej obecność dała mi ogromnego kopa.
Wskoczyłam do wody z uśmiechem na twarzy. Woda była wyjątkowo ciepła. Widziałam, jak tłum pływaków sukcesywnie się oddala, jak rzednie towarzystwo wokół mnie. Nie zniechęcało mnie to jednak. Wszystko miałam poukładane w głowie. Najważniejsze było wtedy, by przypadkiem nie zacząć się za to, że jestem taka powolna, tyrać. Na szczęście wygrał rozsądek – po co miałam się spinać na czymś, co i trak mi nie idzie i być zła na to, na co nie miałam absolutnie żadnego wpływu? Jedynie, co mnie parę razy rozdrażniło, to to, że mimo że prawie wszyscy mnie wyprzedzili, to akurat w obszarze trzech metrów musiało się znaleźć oprócz mnie jeszcze dwóch innych pływaków. No do diabła ciężkiego! Mają całe jezioro, a oni muszą akurat płynąć obok mnie? 😛 I to jeszcze takim tempem jak ja? Czy ja naprawdę nie mogę, płynąc żabką, swobodnie rozprostować rąk? Halo, panowie! I nie pomagało nawet to, że parę razy walnęłam ich niechcący dłonią. Centralnie płynęli tym samym kanałem. Co już się trochę oddalili, wtedy ja „dawałam czadu” kraulem i ich na chwilę doganiałam. Co za groteskowa sytuacja! Oczywiście nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że to samo co ja o nich, oni mogą myśleć o mnie.
Płynęłam wolno, bez zrywów i całą trasę, przemierzając jedynie 1/3 dystansu kraulem, pokonałam bez większego zmęczenia. „Właściwie mogłabym przepłynąć drugie tyle” – tak sobie wówczas pomyślałam. Gdy wybiegłam z wody, czekał już na mnie kochany kuzyn Artur i matka chrzestna. Radość z faktu, że pierwszy raz w życiu pokonałam taki dystans, niosła mnie jak na skrzydłach. Zero złych myśli. Wszystko jest OK.

1,9 km za mną. Na 322 startujących dopłynęłam jako 306 w czasie 50:35.

***

Etap II

„Z niekłamaną radością widzimy się ostatni raz!”

Jechało mi się naprawdę dobrze. Poza jedną, bardzo niebezpieczną sytuacją, wszystko poszło jak po maśle. No dobra, takim ledwo co wyciągniętym z lodówki. Wydawało mi się, że jadę bardzo szybko, ale po dwóch godzinach kręcenia pogodziłam się z myślą, że jestem ostatnia. Nikogo. Po prostu nikogusieńko. Raz na jakiś czas mignął mi ktoś z IM. Tylko lasy, pola i łąki. Po 50 km zaczęłam czuć kark, ale ból nie był na tyle uciążliwy, by uprzykrzył mi jazdę. Tylko że nudno. Bardzo nudno. Nic się nie dzieje. Jedynym dla mnie urozmaiceniem było spotkanie rodziny i znajomych na trasie, a także odpakowywanie żeli, a już tym bardziej batonów. Nie jest to bowiem wcale tak prostą czynnością dla początkującej kolarki, jak dla wprawionych kolarzy. 😉 Po przejechaniu 2/3 odcinka odliczałam już każdy jeden kilometr. I bez przerwy do siebie gadałam. „No, dziewczynko, jeszcze 15 km, jeszcze 12 km, dasz radę, przecież się nie poddasz” to jakby klasyk, ale doszedł i inny wewnętrzny monolog: „A jeśli strzeli dętka, to pobiegniesz z rowerem! No bo chyba nie oddasz im tego medalu walkowerem?”.
Co do tej przykrej sytuacji, na wysokości kościoła w Niemczu mimo że przy drodze siedzieli wolontariusze nagle na ulicę, po której jechałam, wszedł pijany człowiek prowadzący motor. Objawił się tak niespodziewanie, że kompletnie mnie ta sytuacja zaskoczyła. Byłam oparta na lemondce, a dodam tylko, że w tym temacie raczkuję kompletnie. Nie miałam jak zjechać w prawo i wjechałam z prędkością 28 km/h na przeciwległy pas jezdni, po której jechał sznurek kolarzy. Opatrzność czuwała nade mną, bo ani nie wjechałam w żadnego z nich, ani do rowu. A było bliżej niż blisko do karambolu. Pamiętam tylko, że slalomem między kolarzami wróciłam na swój pas. Podniosłam raban, wyzwałam pijaka od pijaków, ale i tak mnie nie słyszał, bo wszystko to odbyło się bez zwalniania. Nie było kiedy. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam. 😛 Teraz to nawet i brzmi zabawnie, ale uwierzcie mi, wtedy naprawdę nie było mi do śmiechu. Miałam pełne portki strachu. Jeśli przypadkiem ktoś, kto jechał wtedy z naprzeciwka czyta teraz ten tekst, to zrozumie, mam nadzieję, kontekst i psów na mnie już wieszać nie będzie.
Gdy ostatni raz na trasie mijałam miejsce, gdzie znajdowała się mata z pomiarem czasu, zawołałam: „Z niekłamaną radością widzimy się ostatni raz!”, a wtedy sędzia, który akurat miał tam dyżur, odpowiedział: „Jak to ostatni? Przecież widzimy się za rok!”.
Za każdym razem, gdy zjeżdżałam z myślęcińskiej góry, wydawałam z siebie okrzyki radości, ale za trzecim razem, gdyby ktoś akurat tamtędy przechodził, miałby pełne prawo sądzić, że potrzebna mi pomoc medyczna.

Po 90 km na kolarzówce uplasowałam się na 301 pozycji. Trochę lepiej niż pływanie, ale stawkę prawie zamykałam. Średnie prędkość to 26/h. Czas – 3:27.

***

Etap III

„Wszystko zaczyna się i kończy w głowie”

Gdybym wzięła sobie do serca, że jestem na tak kiepskiej pozycji, pewnie już przestałabym się starać. Ale wola walki w takich chwilach budzi się we mnie ze wzmożoną siłą. Głowa… Wszystko zależy tylko od niej. A dziś jest bez zbędnych balastów. Bez negatywnych myśli. Tylko pozytywne! „Maleńka, robisz ½ Ironmana! To nie srele morele, to mega sprawa!”. Poza tym, co tu dużo mówić, gdzie ja się miałam zmęczyć i na czym? Zeszłam z roweru i nawet przez pół minuty nie miałam uczucia nóg z betonu. W duchu krzyczałam z radości: „W końcu moje ukochane bieganie!”.
Miałam szczęście, że w czasie zawodów Krzysia i Dawid W. z synkiem w wózku, postanowili zrobić sobie biegowy trening po Myślęcinku. Gadali do mnie, dopingowali, podkręcali śrubkę lub sprowadzali do parteru, gdy za bardzo szarpałam. Wujek Porada także miał swój wielki wkład w mój sukces i niemały wpływ na moje samopoczucie. Jechał rowerem i dokumentował mój bieg, przy okazji opowiadając anegdoty i śmiejąc się ze wszystkich, a głównie z siebie. Wtedy też zaczęliśmy wspominać jego ubiegłoroczny start i moją obecność jako kibica podczas jego biegu. Tylko że on wtedy robił całego IM. I biegnąc, zadałam sobie pytanie: „Ty też byłabyś w stanie zrobić całego Ironmana?”… Ha!

Zawsze powtarzam, że robienie pętli ma swoje minusy, ale i plusy, które te minusy niwelują. Bo z jednej strony nuda. Ciągle ogląda się to samo. Ale jeśli przekracza się metę kolejny raz, zanim nastąpi oficjalny finał, jest to namiastka finiszu. Kibice niosą, jest wrzawa, adrenalina sięga zenitu i wtedy dostaję takiego kopa, że starcza mi na parę następnych kilometrów. Biegło mi się bardzo dobrze, wyśmienicie wręcz i gdy moim oczom ukazała się meta, niemal w tym samym czasie moja przyjaciółka przedostała się przez bramki i wręczyła mi bukiet kwiatów. Chciało mi się z jednej strony beczeć ze szczęścia, a z drugiej śmiać. Śmiać z wielkiej, ogromnej radości!
Aplauz widowni, okrzyki konferansjera, meta i entuzjastyczny skok zapamiętany w obiektywie. Potem medal. Gratulacje. Piękna koszulka finiszera. Zaraz ją założę. Zaczyna dzwonić mi w uszach. Zrobiłam to… O jaaa! Mam łzy w oczach, więc postanawiam, że muszę ochłonąć w strefie finiszera. Mam nadzieję, że bliscy zrozumieją. Bo jak do nich pójdę, rozryczę się jak dziewczynka. Kwadrans minął na staniu w kolejce po „energetyczny nektar” i ruszam do moich.

21,097 km w czasie 1:51.07. Tempo 5:16. Pozycja:137! Dla mnie to mega progres.

***

Ostatni będą pierwszymi

Pierwszy wyłania się z tłumu Nowak, czyli Wujek Porada. Ściska, całuje, gratuluje: „No, babo jedna, wzruszyłem się przez Ciebie. Byłem z Tobą do końca. Widziałem jak wbiegasz. Q…a, jak Ty zapie…asz! Q…a, przez Ciebie nie mam filmiku z finiszu! Nie zdążyłem, bo za szybko! Za szybko na tę metę żeś wbiegła!!!” Śmiejemy się do rozpuku, ale trwa to tylko chwilę, bo już mi się chce do moich. Schodzę ze schodów i już ich widzę. Magdę i Martę – moje przyjaciółki, kuzyna Artura i ciocię Wandę. I inny znajomych. Moje dziewczyny rzucają mi się w ramiona i wtedy się zaczyna. Szloch ze wzruszenia i euforii, szczęścia i radości, że były ze mną, że czułam ich obecność, że bardzo to przeżywały. Autentyczna, niekłamana radość z mojego sukcesu. Marta biega, więc zna to uczucie, ale Magda przeżywa ten stan pierwszy raz. Ściskam chorującą ciężko ciocię, która pomimo złego stanu zdrowia była ze mną. Z Arturem też się ściskamy. Jest cudowny klimat. Czuję się fantastycznie. Nic mnie nie boli, nic mi nie jest. Jestem szczęśliwa. Ale z tyłu głowy myślę o synu, mamie i bracie. Tak się poukładało, że nie mogli. Problem w tym, że w przypadku mamy czy brachola wiem, że zwyczajnie coś im wypadło. Natomiast z synem sprawy mają się tak, że jest w takim wieku, że trudno przekonać go do czegokolwiek, co jest moim pomysłem… Nie lubi takich imprez. Taka kolej rzeczy, że się już coraz częściej mijamy, coraz trudniej o wspólny mianownik. Jestem szczęśliwa, ale czuję niedosyt.
Moje rozważania przerywa pstryk – pamiątkowe zdjęcie. „No jasne, lećcie już, ileż można!” Żegnamy się, dziękujemy sobie wzajemnie i idę do strefy finiszera. Tam już Kamil, Agata i nasza najukochańsza Krzysia, która zagadała ochroniarza i tym oto sposobem jest z nami. Jest gwarno i wesoło.
I nagle doszło do mnie, że nawet nie znam swojego wyniku. Idę do namiotu, bo tam można sprawdzić swój czas. Wpisuję numer i… oczom nie wierzę… To niemożliwe. Co? Staję na podium? Jestem druga w kategorii wiekowej. To jakiś żart?! Pewnie pomyłka. Jak to? Przecież pływanie do bani, na rowerze chyba ostatnia, a ja na pudle? Stoję tak przed tym laptopem jak cielę i wyję ze szczęścia.
Trochę potrwało, nim doszłam do siebie, ale gdy wróciłam do strefy, była już tylko euforia.

***

W konfrontacji z obawami

Z tej radości wróciłam jeszcze na mojej kolarzówce do domu, by się ogarnąć, bo na 22:00 trzeba było wrócić na uroczystą dekorację. I jadąc do domu, myślałam o synu. Bardzo chciałam, by pojechał tam ze mną. By był w tej ważnej dla mnie chwili obok mnie. Ale wiedziałam też, jak zareaguje. Było wielce prawdopodobne, że się jeszcze z tego powodu pokłócimy. Nieraz mi odmówił. Ma 14 lat. Przywykłam do tego, że czym bardziej staram się Janka do czegoś przekonać, tym bardziej on się buntuje. A bywa, że wychodzi z tego afera. Wiadomo, że tego nie chcę, ale nie mam siły go teraz do czegokolwiek przekonywać.
Czułam radość i jednocześnie smutek. I strach, że odmówi. I gorycz, że nie widzi sensu we wspólnym przeżywaniu mojej radości. Gdy weszłam do domu, pokazałam synowi medal i powiedziałam o II miejscu. Były gratulacje i klasyczne „Jak było?”. Chwila rozmowy i już go nie ma. Zanurkował w swojej norce.
Spokój. Wdech i wydech. Idę do niego i zwyczajnie zagaduję:
– Janek, za godzinę jadę tam z powrotem. Będą wręczali statuetki i narody. Będzie uroczyście. I będzie dużo ludzi.
– No i?
– No i… bardzo bym się cieszyła, gdybyś pojechał tam ze mną.
– Dobrze, mamo.
– …

 

***

Epilog
Byliśmy świadkami fantastycznego wydarzenia, jakim było wbiegnięcie na metę o 21:50 ostatniego Ironamana. I znowu emocje. I znowu łzy. „Mamo, a czemu to?”, „Mamo, a czemu tamto?”. A ja cierpliwie mu o wszystkim opowiadałam. Cudowne uczucie – być wysłuchaną. W tamtym momencie czułam, że jestem dla syna autorytetem. Nie musi pytać kumpli albo „wygooglować” odpowiedzi. Do każdego pytania dotyczącego zarówno tych zawodów, jak i ogólnie triathlonu umiałam się odnieść. A Jan słuchał i chłonął. A potem wmieszał się w tłum, by porobić mi zdjęcia, gdy stałam na podium. A gdy już było po wszystkim, w nocy, zapytałam:
– Jedziemy do Maca?
– Taaak!
Byłam szczęśliwa Ironmanką. I spełnioną mamą.

Już na sam koniec

Jeszcze raz serdecznie dziękuję Organizatorom, bo to fantastyczna impreza, w której wszystko dopięte było na ostatni guzik, wolontariuszom, Kubie z Velomanii, (wszystkie drogi prowadzą do Jego sklepu rowerowego), wszystkim kibicom, którzy mnie wspierali, towarzysząc mi na trasie, czekając na mecie, śledząc moje poczynania online i myśląc o mnie. Dziękuję doradcom, którzy z życzliwości wiele mi doradzili lub odradzili. Marice i Radziowi z Akademii Motoryki, konferansjerowi Błażejowi i moim uczniom oraz ich rodzicom. Synowi oczywiście podziękowałam osobiście, ale jeśli kiedyś, gdy już będę stara i pomarszczona albo gdy mnie już nie będzie, przeczyta ten reportaż, niech wie, że swoją obecnością był wtedy, tego wieczoru, najcenniejszą dla mnie nagrodą.

PS

I gdy tak sobie biegłam, a Wujek Porada jechał obok, nagle padło z moich ust pytanie:
– To co, Adaś, za rok robimy całego Ironmana?
– Toć możem!

fot. Maratomania. Magda M., Marzena Nadolska

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.