Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Do wczoraj żyłam w przekonaniu, że pojadę do Soplicowa łamać 3:00.

Taaa. Tyle że mój były biegowy trener był tam już od wczoraj, sprawdził trasę i dał mi znać, że profil to, jednym słowem, terenowa miazga.
Hm. Cóż. Nie pozostawało mi więc nic innego jak przestawić myślenie i po prostu nastawić się jedynie na mocny trening pod bydgoską połówkę tri, która czeka mnie za dwa tygodnie.

Pojechałam do Cichowa dziś rano i po niecałych trzech godzinach już odbierałam pakiet.
W tej wsi ulokowane jest filmowe Soplicowo, w którym Andrzej Wajda nakręcił „Pana Tadeusza”. Gdy tylko dotarła do mnie wieść, że zawody te będą utrzymane w takiej właśnie, kameralnej, wsiowej i literacko-filmowej konwencji, postanowiłam wziąć w nich udział. Jakże było mi przyjemnie odebrać wraz z numerem startowym i naklejkami na kask również epos narodowy w twardej obwolucie. Nie tylko z powodu wykonywanej na co dzień profesji mam słabość to Mickiewiczowskiego dzieła. Ale pozwólcie, że o głównej przyczynie mojej radości napiszę na koniec…

Najpierw minusy.

Baaardzo byłam zła, wychodząc z wody, bo nie spodziewałam się tak mizernego czasu – 30 minut. Dopiero potem dowiedziałam się od Agaty i Kamila, którzy doskonale pływają, że mieli na liczniku 1100, 1115 m, więc nie tylko mnie wyszło sporo za dużo. Ja z moją nawigacją ślepej pływaczki miałam 1168 m.

W T1 straciłam zbyt dużo czasu, bo, po pierwsze, ktoś powiesił na moim miejscu swój rower, więc musiałam mój odłożyć, przestawić tamten i powiesić swój. Po drugie, miałam tyle kamyszków i piachu pod stopami z powodu 400-metrowego podbiegu z wody do roweru, że musiałam! otrzepać sobie stópki, nim włożyłam skarpetki. Co prawda podobno z tymi kamlotami w bucie przesadziłam, o czym przekonywał mnie serwisant, który tak skomentował mój występ, gdy poszłam odebrać kluczyki: „Widziałem, obserwowałem. I dostrzegłem jeden mankament. Stanowczo za długo w strefie. Tu trzeba raz raz!” „Ale to wszystko przez jakiś obcy rower i kamyszki” – tłumaczyłam. „Fakt, to pierwsze nie powinno się zdarzyć. Ale kamyszki? Serio? Przecież o tym się nie myśli. Ich się nie czuje!”. No cóż. Jestem przecież najpierw babą, a potem trajlonistką. ????

Trasa rowerowa okazała się bardziej niż bardzo wymagająca i żebyście choć trochę wyobrazili sobie jej profil, przywołam znany wielu fragment na ul. Jana Pawła na BDGTri. Otóż takich podjazdów nie było dwóch, a co najmniej osiem.
Straciłam więc po pierwszej z czterech pętli resztki złudzeń, że uda mi się powalczyć o 2:59:59.

Do tego wiatrzysko zepchnęło mnie parę razy metr od linii do tego stopnia, że miałam strach w oczach, że ktoś na mnie z tyłu niespodziewanie najedzie.

Bieg, który był moim najmocniejszym ogniwem, też okazał się niełatwym wyzwaniem, bo na każdej z czterech pętli był 400-metrowy podbieg, zatem 1/5 biegu była mocno pod górkę.

Fragmenty po plaży czy leśnym piachu też raczej nie odjęły sekund do ostatecznego wyniku.

A teraz plusy!

Pierwszy raz w życiu pojechałam na zawody sama i każdemu z Was polecam przeżyć coś takiego. Sama, bo jeszcze nie umiem ściągać koła, więc jak wpakowałam cały rower, zabrakło miejsca nawet dla pasażera z przodu. A co do samotnego wyjazdu, hartuje bardzo. Nie ma ciuciu-ruciu i klepania po ramieniu. Buziaczki i pozdrowionka też nierealne. Zero osobistych kibiców, zero towarzystwa w drodze na zawody. Wyjątek stanowił kolega Paweł z Bydgoszczy, z którym wymieniliśmy serdeczne słowa chwilę przed zawodami. Tak czy siak musiało mi wystarczyć duchowe wsparcie mojego ukochanego, rodziny, bliskich i Was, Drodzy Czytelnicy. I wystarczyło!

A na miejscu… dwa auta obok na parkingu poznałam parę – triathlonistę i jego żonę. Marzena pomogła mi ogarnąć torbę po tym, jak trzeba było się przemieścić z parkingu na plażę, kluczyki zostawiłam przemiłemu serwisantowi Krzyśkowi, a fotki porobiły Ewa i Krzysia. Okrzyki na trasie Kamila bezcenne! ????

Plusem jest w miarę szybko ogarnięta przeze mnie strefa T2. Mój trener pokazał mi patent na gumki w butach zamiast sznurówek. Taki drobiazg, a tyle radości. ????

Mimo kołatania serca i przyspieszonego oddechu cały pływacki dystans pokonałam kraulem.

Jestem pod ogromnym wrażeniem przyjaźnie nastawionych do zawodników wolontariuszy, organizatorów i przede wszystkim sędziów. Uśmiechnięci i życzliwi odpowiadali na po raz dziesiąty zadawane przez ludzi pytania przy strefie, a nawet kibicowali na trasie. Zamiast kwaśnych min i fukania (czego doświadczyłam choćby na ostatnim duathlonie) było z daleka alarmowanie, by w porę wejść na rower czy z niego zejść. Super!

Pojechałam dziś i dziś wróciłam i to też zaliczam do pozytywów tej imprezy. Start zaplanowano o 13:45 i szczęśliwie dla zawodników nie było upału, więc pora nie grała, przynamniej dla mnie, większej roli. Za to rano się wyspałam i nie traciłam dodatkowo kasy na nocleg. Pakiet można było odebrać w dzień zawodów.

Cena za udział w imprezie była w porównaniu do innych tego typu zawodów śmiesznie niska, a że w okolicy jest jezioro z plażą i domki letniskowe pod wynajem, zatem wielu triathlonistów połączyło przyjemne z pożytecznym i zaczęło sezon urlopowy od wypadu z rodziną właśnie w te strony. Świetna sprawa.

Pięknym akcentem i oryginalnym pomysłem był polonez na plaży w wykonaniu tancerzy, ale i triathlonistów. Ech, gdybym tylko miała pod ręką chętnego kolegę, zaraz dałabym się porwać do tańca – nawet w piance i czepku. ????

Pewnie, że były potknięcia. 5 minut przed wejściem do wody doszło do mnie, że wszyscy mają identyczne czepki. Wszyscy poza mną. A nie. Bo i ten. I tamta też. Uff. Ale coś jest na rzeczy. Lokalizuję więc wzrokiem orga, z sercem na ramieniu podchodzę i pytam: „Wszyscy mają takie same czepki?” „Tak. Były w pakietach”. Drżącym głosem, mając wizję dyskwalifikacji, bo jak udowodnię, że go nie było, odpowiadam: „W moim nie było”. „To nic. Proszę się nie denerwować”. Dobra! Już przestaję.

Podsumowując, nie przesadzę, jeśli powiem, że to moje najtrudniejsze zawody triathlonowe. Nie było ich znowu aż tak dużo, bo tylko siedem (w tym dwa duathlony), ale uwierzcie – Bydgoszcz Triathlon czy Ocean Lava Bydgoszcz Borówno to, jeśli chodzi o profil, bułka z masłem.

Kto lubi ekstremalne warunki, niech za rok wybierze zawody w Soplicowie.

A na koniec powiem, że z okazji Dnia Ojca dedykuję ten triathlon mojemu śp. Tatkowi, który uwielbiał naszą epopeję narodową, który przeczytał ją wiele, wiele razy i wiedział o niej więcej niż ja. I tak sobie, leżąc już i ciesząc się z mojego małego wielkiego sukcesu, dumam, że gdyby żył, byłby ze mnie bardziej dumny niż ja sama.

Aha. I jeszcze jedno.
Z czasem 3:16:41 zajęłam 1 miejsce w K40. Kolejna pani w K40 miała wynik 3:51. ????

Pierwszy z trzech zaplanowanych na ten sezon triathlonów ukończyłam na zadowalającym (znając kontekst) mnie poziomie.

Czy gdyby profil trasy był inny, złamałabym 3:00?
Pozostanie to zagadką, którą rozwiążę być może dopiero za rok…

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.