Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Pierwsza myśl urodziła się w mojej głowie rok temu. Dojrzewała długo, aż pół roku później, gdy zapytałam Kamila, czy wie coś na ten temat, podpowiedział mi, bym pogadała o tym z Tomim G. „Ma w tym doświadczenie. Na pewno Ci pomoże”.

– Tomi, jest sprawa. Wiesz, z kim rozmawiać na temat bycia zającem dla niewidomego? Chciałabym spróbować.
– Mogę dać ci numer do przewodniczącego ich związku w Bydzi.
Dzwonię od razu. Z rozmowy wynika, że będę mogła się przydać w listopadzie. Cieszę się.

***
Mija pół roku.
Dostaję wiadomość od Tomiego.
„Właśnie odebrałem telefon od mojego niewidomego biegacza, że 7 października odbywają się u nas zawody na dystansie 10 km. Jeśli nadal jesteś zainteresowana, zadzwoń do tego Tomka, do którego kiedyś podałem Ci numer telefonu. Może akurat będą potrzebowali przewodników?”
Mam szczęście. Potrzebują.

***
„Do zobaczenia jutro”, czyli o ludziach z dystansem do siebie

Piątkowy wieczór. Spotykamy się na wspólnej kolacji – niewidomi i niedowidzący biegacze z całej Polski, przewodnicy, sędziowie, organizatorzy.
Czekam na mojego biegacza. Wreszcie wyłania się z hotelowego korytarza na hol pan w średnim wieku prowadzony przez kobietę o pogodnym wyrazie twarzy.
– Oto Grześ. Twój biegacz – mówi do mnie koordynator biegu.
– Dobry wieczór, Grzesiu – biorę jego dłoń w swoją i przytulam w geście powitania.
Witam się też z Panią Danusią – jego towarzyszką. Rozmawiamy między sobą, panuje radosna atmosfera. Za chwilę idziemy na wspólną kolację.
– Czy ten sweterek też będziesz miała jutro na biegu? Bo bym się chętnie przytulił – zagaduje Grzegorz. Śmiejemy się z Danusią z mojego nowego kolegi, bo okazuje się, że niezły z niego kawalarz. Jak to się mówi, „zatrybiło” między nami od razu.
W restauracji siadamy obok siebie. Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z dorosłym niewidomym. Obserwuję Grzegorza, jak je. Przy stoliku z nami sędzina i Wasyl – znany fotograf. Jest bardzo wesoło. Wszyscy biegają. Temat maratonów, triathlonów, wyników, planów. Uwielbiam. Z sąsiednich stolików dochodzą śmieszne komentarze, biegacze podchodzą do siebie, klepią po ramieniu. Jestem w szoku, jak żartują. Rubasznie. Czują się swobodnie, droczą się ze sobą. Jeśli powiem, że nawet nabijają ze swojej niepełnosprawności, nie przesadzę. Mają do siebie tyle dystansu, że w pełni zdrowi ludzie mogliby im tego pozazdrościć.
Rozmawiamy z Grzesiem i Danusią o naszej wspólnej pasji i jutrzejszym starcie. Koordynator wstępnie mówił, że będę miała biec z kimś na 49, ale pod koniec spotkania mój nowy znajomy spekuluje, że jednak nie da rady na tyle. Nie trenuje dużo, więc jeśli przebiegniemy tę dychę w 53 minuty, to już będzie super.
– Danusiu, wy jesteście parą, tak?
– Czy parą? – oboje z Grzegorzem niemal jednocześnie się śmieją – Hm, nie. Wspólnie biegamy. No wiesz…
– Czyli jesteście przyjaciółmi.
– Tak, tak – zgodnie powtarzają. Uśmiech na ich twarzach wskazuje na to, że łączy ich bardzo bliska więź.
– Danusia wiele mi pomaga – dodaje Grzesiu.
Są z Warszawy, przyjechali pociągiem na bieg.
Patrzę z podziwem na każdego niepełnosprawnego w tej sali, ale szczególnie na Niego i na Nią. Od razu ich polubiłam. Synchronizacja, współpraca i zgodność. I dużo cierpliwości. Jutro zaznam tego namiastkę.
Wspólne zdjęcie na pamiątkę, wymiana numerów telefonu i pożegnalny uścisk. Znamienne „do zobaczenia” w ustach Grzegorza wywołało u mnie ten rodzaj śmiechu, który zarezerwowany jest tylko dla nielicznych.
Wracam do domu bardzo pozytywnie nastawiona.

***
Znam to uczucie – być czwartą

W sobotni poranek odprawa techniczna i spotkanie z Grzesiem i Danusią w holu hotelu. Nastroje bardzo pozytywne, żarty i ustalenia. Z Zawiszy spacerkiem idziemy do Myślęcinka. Grześ w środku, my z Danusią po obu stronach z nim pod rękę. Słucham jej, jakie komendy wydaje przyjacielowi. Przyda mi się ta wiedza podczas biegu. Ucinamy sobie uroczą pogawędkę i za chwilę jesteśmy na miejscu. To na tym deptaku przebiegniemy dwie pętle, każda z pięćsetmetrowym podbiegiem po dwu- i siedmiokilometrowym odcinku.
Za parę minut zaczynamy. Grzesiek daje mi sznurek, którego końce na czas biegu każdy z nas będzie trzymał. Nie mam żadnych złych myśli. Zawiązało się między nami porozumienie i wiem, że dam radę. Grzegorz też niczego się nie obawia. Robimy wspólną przebieżkę, potem pamiątkowa fotografia ze wszystkimi uczestnikami i ustawiamy się na starcie.
Przez cały bieg towarzyszy nam miły nastrój. Słońce nieśmiało przebija się przez październikowe niebo i oświetla nam drogę. Od czasu do czasu mówię coś do Grzesia, a gdy pojawia się na trasie zmiana, wydaję krótkie komendy, np. „Delikatnie po łuku w prawo” albo „Za 100 metrów nawrotka”. Wtedy biorę go pod rękę i wspólnie z nim zawracam. Podaję wodę czy chusteczkę do nosa. Ostatnich kilkaset metrów jestem bezlitosna i wręcz się drę, by nie odpuszczał i walczył do końca, czyli odbywa się wszystko to, co jest nieodłącznym elementem każdego mojego biegu. Nie ma w tym, co robię, żadnej filozofii. Tym bardziej jest mi niezmiernie miło, gdy po biegu Grzegorz mówi: „Bardzo ci dziękuję, świetnie mnie prowadziłaś”.

Biegliśmy równym tempem i oba okrążenia zrobiliśmy dokładnie w tym samym czasie 26:14, co dało nam rezultat 52:26.
– Jestem czwarty, ech, szkoda, bo to najgorsze miejsce. To wszystko przez kolkę.
„Hm, czwarty? Nie wydaje mi się, ale nie będę się kłócić” – pomyślałam.
– Też jestem często czwarta, znam to uczucie lepiej niż myślisz. Ale i tak jestem z ciebie bardzo dumna. Walczyłeś do końca.
Herbatka, banan i ciasteczko, rozmowy z biegaczami i wracamy na Zawiszę. Oni jadą z kimś autem, a ja maszeruję piechotą. Idę i myślę. O tym, co się tu dziś wydarzyło, czego byłam świadkiem, o moim nowym doświadczeniu. Jest mi lekko. Docieram do ośrodka, a tam cisza. Wszyscy porozchodzili się do swoich pokoi. Dopiero za godzinę uroczyste zakończenie i obiad.
Siedzę na holu, gdy nagle dzwoni telefon.
– Chodź do nas. Pokój 107.
Z moimi nowymi biegowymi znajomymi ucinamy sobie miłą pogawędkę. Opowiadają o sobie naprzemiennie. Mieszkają osobno, ale często spędzają czas. Oboje biegają i razem jeżdżą po Polsce. Gdy Grześ trenuje, Danusia go pilotuje na rowerze. Grzegorz biegał już w młodości, ale potem miał szesnastoletnią przerwę. W 2001 roku wrócił do biegowej pasji. Z zawodu jest masażystą. Średnio dziennie pomaga 12 pacjentom. Instruuje, co mam robić z moim barkiem, przez który często jestem w ostatniej fazie szybkiego biegu mocno przygarbiona. Imponuje mi wiedzą. Cierpliwie tłumaczy. Jestem też pod wrażeniem jego umiejętności obsługi smartfona. Mamy identyczne telefony i pokazuje mi funkcje, o których nie miałam bladego pojęcia. Oboje są też z Danusią bardzo ciekawi mojego życia. Opowiadam im więc o sobie, Janku, pracy, ale i moim największym marzeniu na 2018 rok, czyli ukończeniu Ironmana. „Będziemy ci kibicować!”. Pomyślałam, że skoro Grzegorz jest tak otwartym człowiekiem, nie odmówi mi i przyjmie zaproszenie do mojej szkoły, gdy zorganizuję spotkanie, by opowiedział o swojej pasji z perspektywy osoby niepełnosprawnej. Bez wahania przyjmuje zaproszenie. Gdy tylko będę w Warszawie, mam ich koniecznie odwiedzić.
Rozmowę przerywa pukanie do drzwi. Zapraszają nas na uroczyste wręczenie statuetek.
Brawa i gratulacje dla wszystkich. Pomogli wolontariusze, przewodnicy, sędziowie i fotograf. Wszyscy bezinteresownie.
Najpierw wręczono puchary niedowidzącym. Oni biegli samodzielnie. Pędziwiatry z nich! Szok, jakie czasy wykręcili.
– A teraz czas na statuetki dla niewidomych biegaczy. III miejsce zajął… Grzegorz Powałka. Zapraszamy Grzesia razem z przewodnikiem, a właściwie przewodniczką!
Rozpiera mnie duma, że mój nowy biegowy kolega staje na podium. Są uściski, wielka radość i zdjęcia. Z całego serca gratuluję każdemu! Wspaniali, pogodni ludzie.
Spotkanie kończy uroczysty obiad, a potem kawa i ciasto. Jest gwarno i miło.
Czas się pożegnać. Idę do stolika, przy którym siedzą organizatorzy, sędzina i fotograf. Są podziękowania i ciepłe słowa.
Na koniec żegnam się z Danusią i Grzesiem.
A On przytula mnie i mówi:
– To ile masz wzrostu? Bo wydaje mi się, że jesteś malutka.
– Całe metr sześćdziesiąt.
– I ważysz pewnie z 50 kilo.
– 55.
Grzesiu dotyka moich ramion i bioder, ale ja nie czuję skrępowania. On jest jak dobry wujaszek. Bije od Niego serdeczność.
– No właśnie. Spodziewałem się, że jesteś drobna. To co? Do zobaczenia za rok?
– Tak, Grzesiu, jak najbardziej. Możesz na mnie liczyć. Do zobaczenia!

***
To był bieg inny niż wszystkie. Wiele mi dał. Radości i satysfakcji. Spełniłam marzenie. Byłam jedyną kobietą, która była przewodnikiem. Ale te zawody były dla mnie przede wszystkim jedną z najcenniejszych w życiu lekcji pokory. Dziękuję losowi, że mogłam w niej uczestniczyć.

Wam też polecam wziąć w niej udział.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.