Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Czy jestem szczęśliwa?
Bywam.

Życie to nie tylko praca. Ani nie tylko pasje. Ani nie tylko dziecko. Ani nie ludzie wokół.
Do pełni życia potrzebuję balansu i dopiero równowaga pomiędzy wszystkimi aspektami życia pozwala mi uzyskać wewnętrzny spokój. A na pewnym etapie to właśnie on stał się dla mnie gwarantem szczęścia.

Obserwując przez ostatnich kilka lat swoje życie, dochodzę do wniosku, że nie jestem w stanie być ani dobrym rodzicem, ani skutecznym pracownikiem, ani mocnym zawodnikiem, ani spełnioną kobietą, jeśli nie zachowuję odpowiednich propozycji we wszystkich obszarach mojego jestestwa.

Praca?
Przypomina mi się czasem zdanie wypowiedziane przez kolegę, który obserwował mnie 10/8 lat temu, gdy poświęcałam 90 procent swojego wolnego czasu na sprawy zawodowe. „Pracuje się po to, żeby żyć, a nie żyje się, żeby pracować” – skomentował mój stosunek do życia, jasno dając mi do zrozumienia, że to, co robię, to błędne koło.
Bardzo się wtedy buntowałam. „Jak to? Co on gada? Przecież kocham swoją pracę!”. Dziś zgadzam się z jego stanowiskiem w pełnej rozciągłości. Nadal kochając swoją pracę, nauczyłam się wypośrodkować – swoje dla niej oddanie. I już od lat nie poświęcam dla niej całego mojego życia.

Treningi?
Mam motywację i jestem bardzo zdeterminowana. Ale gdy czuję silny wewnętrzny opór przed wysiłkiem, po prostu odpuszczam. Tak właśnie było kilka dni temu. Zrobiłam sobie 5-dniową przerwę. Potrzebowałam jej, by nie zniechęcić się do sportu, by dawał mi radość, a nie kojarzył z przykrym obowiązkiem. Mistrzynią świata nie będę. Ba. Polski i Bydgoszczy też nie. Znam swoje miejsce w szeregu. Daję z siebie maxa, ale słucham wewnętrznego ja. Podładowanie baterii w okresie nicnierobienia przynosi mi o wiele lepsze rezultaty niż oranie się na nieprzynoszących przyjemności treningach.

Ludzie?
Jeszcze kilka lat temu bardzo uciekałam do ludzi. Uwielbiam ich towarzystwo, tyle że… była to tylko chwilowa radość. Wręcz nienawidziłam ciszy i samotności, a w domu pojawiałam się tylko „przelotem” i na noc. Dziś obserwuję coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Stronię od ludzi. Ludzie są ważni, ale mojego życia za mnie nie przeżyją. Zaszywam się więc w mojej dziupli i dopuszczam do siebie nieliczne grono znajomych. I bardzo mi z tym dobrze.

Dziecko?
Poświęcam się macierzyństwu, jak umiem najlepiej. Nigdy nie byłam nadopiekuńczą matką, nigdy nie wychowywałam syna pod kloszem. Stawiałam od zawsze na jego samodzielność. Jestem czasem krótka, ale mam jedną cechę, której zazdrości mi wiele moich koleżanek. Jestem konsekwentna i to właśnie konsekwencja zrobiła w mojej relacji z Synem najlepszą robotę. W ciągu ostatniego roku, a Dziecię me chodzi do 2 kl. gimnazjum, zajrzałam do jego zeszytów może parę razy. Oczywiście, że Mu radzę i Go wspieram, ale wychowuję Jana w myśl zasady: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Pościelił sobie tak, że tylko dwóch setnych zabrakło mu do świadectwa z paskiem. Dla mnie ten pasek ma nawet jak go nie ma, bo sam zapracował na ten piękny wynik.

***

Poprzedni weekend był prezentem na 40 urodziny od mojego ukochanego. Celebrowaliśmy wspólne chwile, sycąc się nimi jak wykwintną kolacją. Tomasz zorganizował nam piękny czas na szkockiej ziemi, najpierw zapraszając mnie na koncert Rolling Stones w Edynburgu, a potem na wycieczkę statkiem na małą wyspę Inchcolm leżącą w zatoce Morza Północnego.

Już wiele godzin przed koncertem centrum stolicy wypełnili fani ubrani w koszulki z symbolem zespołu, radośni i pozytywnie podchmieleni, śpiewający rockowe szlagiery swoich idoli, nierzadko w podobnym wieku co członkowie zespołu. Wspaniała atmosfera towarzyszyła nam, nim jeszcze weszliśmy na płytę stadionu. Jest on oddalony o kilka kilometrów od centrum i mieści 80 tysięcy ludzi. Trybuny wypełnione były niemal po brzegi. Ostatni raz na tak spektakularnej imprezie byłam 7 lat temu, gdy we Wrocławiu koncert symfoniczny na otwarcie stadionu dał George Michael. Tym razem jednak czekała na nas zupełnie inna uczta. Prawdziwie rockowe brzmienia rozhuśtały publiczność już gdy zagrał support – the Verve. Super było usłyszeć kawałki, które nie schodziły przez długi czas z pierwszych miejsc list przebojów pod koniec lat 90.
A potem…
Stonsi tak pocisnęli, że szczęki nam opadły. Naprawdę chłopaki dali radę. Co to było za widowisko!
Nie jesteśmy z Tomkiem wielkimi ich fanami, ale być tam, zobaczyć ich i posłuchać na żywo największych hitów było czymś na kształt muzycznego misterium. To celebra na najwyższym artystycznym poziomie. I klasa sama w sobie. Prawie 80-letnie „dziadki” energią i witalnością mogliby obdarować niejedną drużynę piłkarską. Największe wrażenie zrobił na mnie oczywiście Jagger, którego tak nosiło, że wyglądał jak kogucik fruwający metr nad ziemią, a także Charlie – zupełne przeciwieństwo lidera – który niczym pełen opanowania lord dostojnie uderzał w talerze. Dla mnie największym odkryciem były kawałki sprzed kilkudziesięciu lat, które brzmieniem przypominały starego dobrego bluesa.
Byłam pod wrażeniem logistycznych rozwiązań, o których pomyśleli organizatorzy koncertu. Kilka Toi Toi stało jeszcze kilkaset metrów od stadionu przy ulicy, której tyralierą wracali opici piwem fani.

Na wyspę Inchcolm dostaliśmy się turystycznym statkiem. W trakcie rejsu mijaliśmy boje, na których opalały się foki. Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazał się widok pięknego średniowiecznego, częściowo zrujnowanego opactwa zbudowanego w stylu romańskim. Robi piorunujące wrażenie. Trafiliśmy akurat na okres lęgowy mew. Bardzo wiele z nich wysiadywało jaja lub pilnowało piskląt, które spacerowały tuż obok nas.
Matki fruwały więc nad naszymi głowami, gdy spacerowaliśmy po wyspie i skrzecząc, sygnalizowały swoje niezadowolenie z przybycia niemile widzianych gości. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś takiego. Skądinąd widok niespotykany i uroczy zarazem.
Trafiliśmy na piękną, bo słoneczną i bezwietrzną pogodę, więc rozkoszując się nią, po spacerze posiedzieliśmy na plaży, skąd rozpościerał się widok na zatokę.

Tak wyglądał mój poprzedni weekend.
Weekend, który dał mi siłę do pokonywania kolejnych trudności dnia codziennego.

Czy jestem szczęśliwa?
Bywam.

Złapałam okruchy szczęścia, nim spadły ze stołu codzienności.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.