Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Kurz opadł. Emocje częściowo. Czas na relację z największego, jak dotąd, mojego biegowego święta. Ukończyłam NN Marathon Rotterdam.

Część I

„Jak przed świętami…”

Kwartet maratoński

Na wyjazd do Rotterdamu czekałam kilka miesięcy. Kiedy zimą biegowy znajomy, Lutek, zaproponował mi wspólny wyjazd, pomyślałam, że właśnie nadarza się okazja, bym spełniło się moje biegowe marzenie. Odkąd bowiem trener RUN BDG, Michał Brzeziński, opowiedział mi o swoich przeżyciach, jakich doświadczył kilka lat temu w Rotterdamie, zapragnęłam również tam pojechać. Nie sądziłam jednak, że ten cel uda się tak szybko zrealizować. Natychmiast o moich planach opowiedziałam mojej przyjaciółce Marcie, również biegaczce, i namówiłam ją, by pojechała razem z nami. Co prawda planowała debiutować w królewskim dopiero w 2018 r., ale po tym, jak użyłam argumentu, że biega więcej niż ja rok temu, nim podjęłam decyzję o wzięciu udział w Orlen Warsaw Marathon, przystała na propozycję. Czteroosobowy skład zamknął kolega z podstawówki, Pablo, dla którego maraton to również nowość.

Jak się przygotowywałam?

To mój drugi maraton. Rok temu przebiegłam królewski dystans z bardzo satysfakcjonującym mnie rezultatem – 4:11. Po udanym ubiegłorocznym sezonie wraz z moim trenerem Kamilem późną jesienią doszliśmy do wniosku, że wiele wskazuje na to, iż jestem gotowa na maratonie w 2017 r. złamać 3:30. Nikt z nas jednak nie przypuszczał, że sezon biegowy rozpocznę właśnie od maratonu w Rotterdamie, który wypada bardzo szybko i na przygotowania do niego będę miała tylko 5 miesięcy. Do tego w połowie listopada nabawiłam się kontuzji, która wykluczyła mnie z treningów na półtora miesiąca. Zatem czas przygotowań do maratonu uległ zmianie. Jedynie co tej zmianie nie uległo, że opinia Kamila, że nadal jestem w stanie złamać magiczne 3:30. Był tak przekonujący, że w chwilach największego załamania walczył na argumenty bardziej zaciekle ode mnie. Słowne przepychanki i ostre wymiany zdań, jego przytyki, moje dąsy, fochy i łzy – wszystko to odbyło się w fazie największych przygotowań do kwietniowego biegu. Mój emocjonalny punkt widzenia kontra jego racjonalny. Gdy ja odpoczywałam na urlopie podczas ferii, mentor nie pozwolił mi nawet na moment na zwolnienie tempa i wprowadzał rygor jak na obozie przetrwania. Dwa razy na początku przygotowań nie wzięłam pulsometru, a miałam tyle do słuchania, że już potem odechciało mi się go zapominać. Ależ musiały piec go uszy, gdy żaliłam się mojemu przyjacielowi, jaka to ja nie jestem biedna. Bo gdy inni nawet jeszcze nie myśleli o swoich jesiennych startach lub dopiero zaczynali rozgrzewkę przed właściwymi przygotowaniami, ja byłam już na najwyższych biegowych obrotach. Oczywiście nawet przez chwilę nie zwątpiłam, że mój biegowy doradca chce dla mnie dobrze, ale były dni, kiedy nie miałam ochoty wystawić nosa z domu, a co dopiero iść na 20-kilometrowy trening. Tymczasem Kamil śledził każdy mój biegowy krok na Garminie i nie było mowy, bym nie zrealizowała tygodniowego planu. Nie ominęłam żadnego jakościowego treningu i jeden raz po namowie trenera pominęłam 8-kilometrowy BS.

Od stycznia do dnia poprzedzającego maraton przebiegłam ponad 830 km. W tym też czasie zaliczyłam ważny dla mnie półmaraton w Gdyni, który utwierdził nas w przekonaniu, że powinnam zawalczyć w Holandii o 3:30. Ale nie tylko o tym chciałam w tym miejscu napisać. Otóż uczęszczałam też od późnej zimy na lekcje pływania kraulem i mogę śmiało powiedzieć, że w porównaniu z bardzo wieloma morderczymi treningami biegowymi zajęcia na basenie stanowiły uroczy akcent w moim sportowym kalendarzu. Dodatkowo od lutego biorę udział w zajęciach na Akademii Motoryki u Mariki Popowicz. Problem z koordynacją, do tego słaby brzuch i ręce, a także pięta achillesowa, czyli rozciąganie, sprawiły, że razem z teamem Kamila, czyli moimi wspaniałymi koleżankami, systematycznie uczestniczę w zajęciach usprawniających motorykę. Muszę się do czegoś przyznać  – nie znoszę się rolować. Tak, tak, wiem, to kardynalny błąd. Jednak przygotowania do maratonu zmieniły moje nastawienie. Dużo czytałam i śledziłam blogi biegaczy, a także słuchałam rad mądrzejszych ode mnie. I, na początku bardzo niechętnie, ale z czasem coraz częściej, sięgałam po roler. Przychodzi mi to co prawda z wielkim trudem, ale wiem, że powinnam. Weszło mi też w nawyk, czego nigdy wcześniej nie praktykowałam, rozgrzewanie się przed treningiem i rozciąganie po nim. Wszyscy są jednomyślni – trzeba się rozciągać i należy się rolować. Powiem więcej, jestem dowodem, że daje to wymierne rezultaty na trasie.

Na kilka dni przed…

Od poniedziałku do środy zastosowałam dietę białkową. Już na drugi dzień bez kija nie warto było do mnie podchodzić. Schodzenie z zapasu glikogenu tym razem było bardzo odczuwalne zarówno przeze mnie, jak i moje najbliższe otoczenie. To straszne, jak bardzo jestem uzależniona od cukru. Trzeci raz praktykowałam tę dietę (rok temu był maraton w Wawie i ultramaraton w puszczy bydgoskiej), ale wtedy wypijałam rano herbatę z jedną płaską łyżeczką cukru. Tym razem, bez oszukiwania, przez trzy dni nie wprowadziłam do diety ani grama cukru i węglowodanów. Schudłam dwa kg i na przeogromnym wścieku odliczałam godziny do czwartku.

Za to od czwartku do dnia maratonu ładowałam się węglowodanami w takiej ilości, że można by tym jedzeniem obdarować jeszcze rosłego chłopa ze wsi. Glikogen wychodził mi uszami.

Sennie nie było

Byłam bardzo pozytywnie nastawiona i czułam, że jestem dobrze przygotowana. Miałam dużo energii, mimo że największą bolączką okazał się problem ze spaniem. Dlatego starałam się w ciągu dnia polegiwać chociaż 30 minut, by nabierać sił i regenerować się po nieprzespanej prawidłowo nocy. Anioł Stróż czuwał i nad tym. Parę razy usłyszałam: „Spałaś za krótko. Byłaś aktywna na fb 6 godzin temu”. Permanentna inwigilacja i uświadamianie mi niemal na każdym kroku, że nie dbam o siebie, doprowadziły do tego, że zaczęłam bardzo tego pilnować. Wiem też, że podczas przygotowań do kolejnych zawodów położę na ten aspekt szczególny nacisk.

Dobrze, że w Rotterdamie byliśmy w piątek wieczorem. Był czas na sen i regenerację. Spacerową sobotę spędziliśmy w cudownych nastrojach. W Rotterdamie odbywały się już tego dnia zawody towarzyszące. Ścigały się też dzieciaki. Było głośno, kolorowo i radośnie. W maratońskim miasteczku panował świąteczny nastrój, który udzielał się każdemu z nas. Odebraliśmy pakiety i połaziliśmy po EXPO. Przy okazji jednogłośnie stwierdziliśmy, że Holendrzy mają zupełni inne podejście do organizacji biegów. Nie wiedzieć czemu miałam dwa numery, zatem czekały na mnie dwa pakiety. Pani w punkcie informacyjnym kazała mi odebrać oba numery i przyjść z nimi do niej. Wtedy odda mi pieniądze. Oczywiście nie zrobiłam tego, ale wniosek nasuwa się sam – mają tam niezły bajzel. Zresztą nie trzeba też było mieć dowodów osobistych przy odbiorze pakietu. Niesamowicie luzackie podejście. Czy dobre i bezpieczne? Hm. Przywykłam do polskich zwyczajów, polskiej perfekcji, stąd zaskoczenie. A potem kawusia, żarty, lody, zdjęcia i chillout na trawce. Pogoda była tak piękna, że można było opalać się w strojach kąpielowych. No tak, pójdziecie ze mną jeszcze raz na EXPO? Bo mam czarną czapeczkę, a to chyba jeszcze gorzej niż nie mieć wcale. Pomożecie? Pomożemy!

Przed snem

Tego wieczoru zaliczyłyśmy na rozluźnienie delikatną, niespełna 5-kilometrową przebieżkę. Nasz hotel położony był 1,5 km od startu. Wszystko nam sprzyjało. No, może poza tym słońcem. Bo tak jak było mile widziane w sobotę, tak w niedzielę już niekoniecznie. Niestety nie na wszystkie czynniki ma się wpływ. Na te, na które miałam, wpłynęłam najlepiej jak potrafiłam. Poszliśmy spać około północy. Zasnęłam w mig i spałam jak zabita do… trzeciej. Toaleta i co dalej? Koniec spania? Wtedy zastosowałam sprawdzony patent – coś przegryźć! Marty biszkopt ululał mnie do snu.

Poranek

Pobudka o 7. Wszystko bez pośpiechu. Chwilami pełne skupienie, a momentami wygłupy i śmiech kompletnie bez powodu. Obowiązkowo wizyta w pewnym miejscu, śniadanie, znowu odwiedziny wspomnianego miejsca, Marta – kawa, Lutek już robi zdjęcia, Pablo, aj, jeszcze pulsometr, a już założyłem koszulkę, ja zapisuję na dłoni planowane czasy. Podniecenie sięga zenitu. Gadamy od rzeczy, włączamy motywujące piosenki. Marta zaczyna beczeć, więc tulimy bidulkę. Nigdy tyle nie biegła, jest wzruszona wiadomościami od bliskich. To jest ta negatywna presja, o której tyle czytałam. Moja kochana Marta. Znamy się od liceum. Nasza przyjaźń trwa prawie ćwierć wieku. Strasznie się cieszę, że mam ją obok siebie. Dodajemy sobie sił. Zresztą cała nasza czwórka tworzy zgrany zespół. Mimo różnic w patrzeniu na pewne sprawy, mimo odmiennych poglądów na wiele tematów dziś jesteśmy we wszystkim zgodni. „Siła i uroda”, „Zgoda i bezpieczeństwo” – to hasła najczęściej powtarzane tego poranka przez chłopaków. Masz talk?, dasz wazelinę, bo mnie pas obciera, weź mi zapnij tu. Pełna współpraca, pełna integracja. Piękne to. Stoję z boku, patrząc na nich, i też chce mi się beczeć. Ale nie, nie tym razem. Łzy zostawiam na metę. Każdy dostaje SMS-y i inne powiadomienia. Mój mentor jeszcze udziela ostatnich wskazówek. Bardzo przeżywa. Bliskie mojemu sercu biegowe koleżanki, Krzysia i Madzia, także są ze mną myślami. Czuję moc. Nasz stroje mają polskie akcenty. Są czerwone spodenki, biało-czerwona flaga, orzełek na piersi i polski napis na plecach. Śpiewanie po drodze „Polska! Biało-Czerwoni!” jest również wymowne i wzruszające. I bardzo motywujące.

Część II, „Pokonałam Cię, Maratonie!”, już wkrótce.

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.