Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Koniec sierpnia, sobota, deszczowy poranek. O 6:45 zadzwonił budzik. Tego dnia byłam na 8:00 umówiona z koleżanką, by dostarczyć jej ważne dokumenty, więc o poleniuchowaniu mogłam tylko pomarzyć. Wiedziałam, że Karina będzie na mnie czekać tylko do 8:15, by zaraz potem wyruszyć w daleką drogę za granicę. Dzień wcześniej wróciłam z wakacji, więc sobotni ranek był jedynym dogodnym terminem spotkania.

Miałam do pokonania trasę Fordon – Osowa Góra. Około 7:15 wyszłam z domu. W samochodzie czułam się komfortowo niczym ślimak w skorupce. Uwielbiam jeździć autem. Co prawda lało jak z cebra,  ale przecież przemierzałam trasę w towarzystwie moich wakacyjnych wspomnień. „Na drodze pusto, będę przed czasem”.

Dojeżdżałam do skrzyżowania ul. Fordońskiej z ul. Szajnochy. Za chwilę miałam minąć pasy dla pieszych. Usłyszałam trąbienie, co wzmogło moją czujność. Przede mną jechało kilka aut, które bardzo wolno mijały skrzyżowanie. Gdy przyszła kolej na przejazd przez przejście dla pieszych, moim oczom ukazał się poruszający widok. Na chodniku leżał człowiek, a obok niego stała kobieta, która starała się pomóc mu wstać. Zdążyłam tylko spojrzeć w bok, by dostrzec stojący przed pasami samochód. „Potrąciła go” – pomyślałam w pierwszej chwili. Zatrzymałam auto i podbiegłam w ich stronę. Za sobą słyszałam odgłosy klaksonów i piski opon samochodów, którym udało się przejechać pomiędzy dwoma rozstawionymi na drodze autami. Nic mnie jednak wtedy nie obchodziło. Ważne było tylko jedno – pomóc leżącemu na ulicy człowiekowi. Pan w podeszłym wieku powolnym ruchem ręki dawał znaki, że jest gotowy wstać. Zdążyłam tylko usłyszeć słowa tej kobiety: „Nie widziałam, co się stało. Chyba się potknął i przewrócił. Zaraz przyjdę z powrotem, stanę w bezpieczniejszym miejscu – może na zatoczce autobusowej”. Kiwnęłam głową, odprowadziłam ją wzrokiem w kierunku auta, do którego za chwilę wsiadła i, ku mojemu zaskoczeniu,  odjechała.

Byłam bardzo oszołomiona. Staruszkowi leciała z nosa krew, która zdążyła już pobrudzić ubranie, miał zdartą skórę na brodzie, czole i policzku. Trząsł się, a ja wraz z nim. Pobiegłam do auta po chusteczki i szybko do niego wróciłam. Spytał, czy wiem, gdzie jest jego wózek. Wózek, na których przymocowana jest torba z metalową rączką. Dopiero teraz go dostrzegłam. Stał na torach tramwajowych kilka metrów za nami. Mimochodem spojrzałam też na ulicę i zauważyłam leżące na niej okulary mężczyzny. Nawet nie zwrócił uwagi, że nie ma ich teraz na nosie. Jakie szczęście, że nie najechał na nie żaden samochód. Założyłam mu je i wtedy po raz pierwszy i ostatni tego dnia spojrzałam prosto w oczy tego człowieka. Ujrzałam w nich to, co być może chciałam zobaczyć od momentu, gdy zdecydowałam się mu pomóc – zobaczyłam w nich oczy mojego dziadka. Dziadka, który zmarł ponad 10 lat temu, a z którym nie zdążyłam się przed śmiercią pożegnać.  Zobaczyłam oczy, którymi patrzył na mnie, gdy byłam małą dziewczynką. To niespotykane dotąd uczucie trwało zaledwie chwilę, a jeszcze wtedy nie wiedziałam, że los napisze scenariusz, który sprawi, że będzie mi dane przeżyć je ponownie…

Zadałam staruszkowi pytanie o to, co się stało, jak doszło do upadku, jak się teraz czuje, czy wie, gdzie jesteśmy. On odpowiadał wolno, ale rzeczowo. Był przeraźliwie blady. Chciałam wezwać pogotowie, ale kategorycznie się sprzeciwił, twierdząc, że właśnie jedzie do lekarza. Upewniłam się, czy nie został potrącony przez samochód. Twierdził, że przewrócił się, prawdopodobnie potknąwszy się o tory tramwajowe. Zaproponowałam, że zawiozę go do przychodni. On nie chciał o tym słyszeć. Planował jechać autobusem, więc pomogłam mu przejść przez ulicę. Ostatni raz zadałam mu pytanie, czy mogę mu jeszcze w czymś pomóc. Wtedy usłyszałam: ”Chciałem wysłać ten list, ale pojadę od razu do lekarza. Czy może zrobić to pani za mnie?” To mówiąc, niezdarnym ruchem wyciągnął z kieszeni kurtki białą kopertę. „Oczywiście, może być pan spokojny. List dotrze na czas”- odpowiedziałam, po czym pożegnałam się z nim i ruszyłam w stronę auta.

Jadąc do Kariny, nie myślałam o niczym innym, jak tylko o tym, czy zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, żeby pomóc staruszkowi. Zadowolenie kłóciło się z wyrzutami sumienia. „Wykonałaś kawał dobrej roboty” – utwierdzałam się w tym przekonaniu, by za chwilę  usłyszeć słowa samokrytyki: „Jak mogłaś go tak zostawić!? Powinnaś była wezwać pogotowie”.

I kiedy tak biłam się z myślami, mimochodem spojrzałam na list. Leżał na siedzeniu obok w taki sposób, że widoczne na nim były dane adresata. Chwyciłam go w rękę i w mgnieniu oka odwróciłam. Moim oczom ukazało się imię i nazwisko nadawcy oraz jego adres…

Zadzwoniłam do Kariny, gdy wybiła 8:00. Byłam dopiero na ul. Jagiellońskiej. Wiedziałam, że mogę nie dojechać na czas. Usłyszałam w słuchawce: „Spokojnie, wyjedziemy trochę później, bo Michał jeszcze coś robi przy aucie…”. Odetchnęłam z ulgą. Zdążyłam. Nic nie dzieje się przypadkiem.

 ***

Początek września. Słoneczne popołudnie. Stoję przed drzwiami domu, w którym mieszka pan Józef. Dzwonię raz, potem drugi. Słyszę szuranie i otwieranie zamka.

– Dzień dobry, pan mnie pewnie nie pamięta… Kilka dni temu przewrócił się pan na ulicy, a ja pomogłam panu wstać…

– Tak, dzień dobry, pamiętam… – staruszek odpowiedział niepewnym tonem.

– Poprosił mnie pan wówczas o wysłanie listu. Przyszłam powiedzieć, że na pewno jest już u adresata.

– Tak? To dziękuję w takim razie… – zaskoczenie rysowało się na jego twarzy.

– Zanim go jednak wysłałam, spisałam sobie pana adres, żeby przyjść i zapytać, jak się pan czuje…

– Niech pani wejdzie. Napije się pani kawy – zaproponował  i gestem uprzejmości uchylił szerzej drzwi.

– Nie, nie. Ja tylko tak na chwilę.

– W takim razie bardzo, bardzo serdecznie za wszystko pani dziękuję – uśmiechnął się życzliwie i wtedy ostatni raz spotkał się nasz wzrok.

– Nie ma za co. Zdrówka życzę i wszystkiego dobrego. Do widzenia.

– Do widzenia.

Los napisał scenariusz, dzięki któremu mogłam ponownie przeżyć to niespotykane dotąd uczucie… Zrozumiałam, po co tak naprawdę przyszłam do obcego przecież dla mnie człowieka. Przyszłam ostatni raz spojrzeć w jego oczy.

Przyszłam się pożegnać…

                                                                                        ***

Ta historia kolejny raz utwierdziła mnie w przekonaniu, że żeby coś dostać, trzeba dać.

Dziękuję, Panie Józefie.

Bydgoszcz, 13 września 2008

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.