Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Każdy dzień pobytu w Chinach był dla nas ważny, ale jednak ten był wyjątkowy.
Zobaczyć jeden z siedmiu cudów świata to jest to.

Ruszyłyśmy z naszego hotelu przed 6 rano. Po tym, jak o 3:40 obudził nas hałas trajkoczącej Chinki kłócącej się z recepcjonistą i wycieczki kręcącej się w tę i z powrotem po hotelowym korytarzu, przypominając tętent koni na wybiegu, z ulgą opuściłam to miejsce. Gdyby nie to, że absolutnie nikt i tak by mnie nie zrozumiał, wyszłabym z pokoju i ich pogoniła. Nie pomogły korki w uszach. Przecież ściany z dykty niestety nie zagłuszają nawet normalnej rozmowy, a co dopiero wrzasku i to jeszcze chińskiego! Kaśce to zbytnio nie przeszkadzało, za to ja zasnęłam pół godziny przed budzikiem.
Trzeba było dostać się trzema liniami metra na dworzec autobusowy, skąd około godz. 8 zdezelowanym pojazdem, lata świetności przechodzącym 30 lat temu, dostać się do miasta o nazwie Mutianju. Na migi dogadałyśmy się z asystentem kierowcy (jego zacna rola sprowadzała się do pokazywania, gdzie trzeba wrzucić pieniądze na bilet, a była to skrzyneczka podobna do równie wiekowej co autobus skarbonki – nielicząca pieniędzy zresztą), który pokazał nam miejsce wysiadki. Tu miałyśmy za zadanie złapać busa lub taxi, by dojechać do punktu docelowego. Po półtoragodzinnej podróży, podobnie jak dzień wcześniej, znowu uśmiechnęło się do nas szczęście, bo podszedł do nas taksówkarz, którego uczciwość potwierdzili stojący na przystanku ludzie, gdy zapytaliśmy ich, czy jest „OK?”. Kiwając głowami jak pieski umieszczane w polskich autach w latach 80-tych, ośmielili nas na tyle, że to jemu postanowiłyśmy zaufać. Okazał się przesympatycznym człowiekiem, który na dodatek na tyle miał opanowany język angielski, że zrozumiałyśmy jego intencje – będzie na nas czekał o godz. 13 w tym samym miejscu, w którym nas zostawia, czyli pod bramą muzeum. Pokazał, jaki bilet kupić i jaką kolejkę wybrać. Stamtąd jeździły już tylko specjalne autokary przewożące turystów do punktu, skąd kolejki linowe zabierały ich na mur. Jadąc taksówką, uwieczniłam grupkę chińskich kolarzy.
Miałyśmy więc na połażenie po murze 3 godziny. Było już po 10, gdy postanowiłyśmy zjeść jednak najpierw drugie śniadanie w pobliskiej restauracji. Oczywiście zamówiłyśmy jajecznicę z ryżem (napisałam te słowa, po czym natychmiast przerwałam relacjonowanie i zrobiłam sobie, takie właśnie, chińskie jedzenie, bo raz na jakiś czas przypominam sobie niesamowity smak, którzy bierze się z połączenia dwóch prostych składników, tworząc jedyne w swoim rodzaju lekkie i pożywne danie), tylko że tym razem okazała się tak tłusta i ciężka, i, niestety, mojej towarzyszce podróży zaszkodziła do tego stopnia, że niemalże popsuła nam radość z wycieczki. Broniłyśmy się przed tym zaciekle, ale skwar i gęste powietrze nie pomagało w polepszeniu Kaśce samopoczucia. Zwolniłyśmy więc tempo, powolnym krokiem przemierzając odcinki od jednej do drugiej stacji. W jednej z nich na pamiątkowej tablicy umieściłam swój podpis. Miałyśmy szczęście do taksówkarza, ale pecha do sprzętu fotograficznego. Zapomniałyśmy z Szanghaju ładowarki do baterii i na samym Wielkim Murze rozładował się nam, będący już i tak na wyczerpaniu, akumulator. No nic. Trzeba było trzaskać foty z komórek, choć, nie powiem, zła byłam na siebie bardzo. Wielki Mur zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Byłyśmy o takiej porze, że nie był oblegany przez tłum turystów. Upajałam się widokami i zachwycałam jego rozmiarami. Nie dziwi mnie wcale fakt, że wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To wprost niebywałe, że rozciąga się na setki kilometrów, w tym właśnie wzdłuż górskich szczytów. Targało mną nieprawdopodobnie dziwne uczucie – znać takie miejsce tylko z telewizji, Internetu, opowiadań innych i nagle doświadczyć na własnej skórze obcowania z duchem przeszłości, z Historią przez duże H. To nie zamek w Malborku, który, wsiadam w auto, jadę i zwiedzam, kiedy chcę, ani nawet nie wieża Eiffla, którą zobaczę po kilku godzinach lotu. Prawdopodobnie już nigdy moja noga nie stanie w tym miejscu i między innymi też dlatego było to dla mnie wręcz mistycznym doznaniem.
Czas wymierzyłyśmy idealnie, bo nagle niebo pokryły gęste ciemne chmury. Jeszcze tylko magnesy i jakieś – dosłownie – chińskie pamiątki, bo do tej pory nie było okazji ich kupić i nasz taksówkarz już nas widzi, już do nas kiwa. Nim wyjechaliśmy z miejsca postoju, tak lunęło, że wycieraczki nie nadążały przegarniać strug wody. Serdecznie pożegnałyśmy się z kierowcą, schowałyśmy się na przystanku i nim deszcz ustąpił, podjechał nasz autobus. Na dworcu stwierdziłyśmy, że mamy jeszcze na tyle dużo czasu, że spokojnie możemy przejść się po okolicy, by znaleźć restaurację z dobrym jedzeniem i zimnymi napojami gazowanymi. No i znalazłyśmy. Powitała nas kelnerka, racząc zimną lemoniadą i zaprosiła do środka. Tam odpoczęłyśmy i zrobiłyśmy to, co robi się w restauracji, czyli najpierw popatrzyłyśmy, co podają innym, po czym to zamówiłyśmy. Obok przy stoliku siedziała para i raczyła się piwem ze specjalnego nalewaka, którego musiałam uwiecznić na fotografii, bo czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Asekuracyjnie, jak emerytki, na dworcu byłyśmy chyba godzinę przed czasem. Nie ma większej radości od faktu, że już się weszło do pociągu, który zawiezie nas do „domu”, czyli do Szanghaju. Byłyśmy na miejscu w nocy. Wzięłyśmy taksę, bo metro nieczynne, ale już nauczone doświadczeniem i wyszkolone przez Kate, ustawiłyśmy się na legalnym postoju. Kolejka w tunelu po auto była tak długa, że aż żałuję, że nie mam fotki, by ją Wam pokazać. Na szczęście poszło szybko i sprawnie. A potem tradycyjnie zdjęcia, bo z wrażenia nie mogłyśmy zasnąć.
W łóżku dochodzimy do identycznego wniosku. Dobrze, że miejscem docelowym naszego wyjazdu był Szanghaj, a nie Pekin. Oczywiście nie żałujemy ani trochę, że zwiedziłyśmy stolicę Chin, ale nie wywarła na nas żadnego wrażenia, chyba że rozpatrywałoby się wycieczkę do tego miasta w kategoriach wyprawy do miejsca, w którym chciałoby się napotkać ślady głębokiej komuny. Nie trzeba ich szukać, bo są na wyciągnięcie ręki. Wszędzie jej tam pełno – począwszy od elementów urbanistycznych i architektury, przez pojazdy, w tym komunikacji miejskiej, a skończywszy na ubiorach i wystroju wnętrz. Pekin jest smutny, szary i tandetny. Zdjęcie balkonów – bardzo wymowne…

Obudzimy się w znowu w centrum wielkiej metropolii. Czeka nas ostatnia wycieczka po Szanghaju.
Być w Chinach, a nie być w świątyni Buddy, to „grzech”. 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.