Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Czekałam na Ciebie, triathlonie, cały rok. Biegałam, ile sił w nogach i głowie, zapisałam się zimą na kurs nauki pływania kraulem, oszczędzałam 12 miesięcy, by kupić wiosną kolarzówkę, a wszystko po to, by Cię pokonać. I zrobiłam to!

Nastawiona potrójnie

Spokojna byłam jeszcze w niedzielny poranek w domu. Wszystko opracowane, przygotowane, na kartce spisane, zapięte na ostatni guzik. Ale podświadomie czułam, że to tylko cisza przed burzą. Że najgorsze przede mną, że może mi być dziś ciężko ujarzmić nerwy. Już w piątek towarzysząc na odprawie mojemu serdecznemu koledze z podstawówki, widziałam, że organizatorzy zadbali dosłownie o wszystko. W sobotę, gdy przyjechałam kibicować Krzyśkowi i wielu moim sportowym przyjaciołom tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że uczestniczę w wielkim sportowym wydarzeniu, triathlonowej celebrze, która przygotowana jest z tak wielkim rozmachem, że nie ma się po prostu do czego przyczepić. Europejski poziom. A mimo to, gdy dotarłam na miejsce, gdy poszłam zobaczyć się z moim rowerkiem, by zostawić bidony, dałam się złapać w szpony ogromnego stresu, który trzymał mnie aż do momentu, gdy wskoczyłam do wody.

Byle wyjść z rzeki

Tylu kibiców, tylu znajomych na każdym kroku, a ja nie byłam w stanie normalnie z nimi rozmawiać, przebywać w ich gronie, z radością oczekiwać upragnionego startu. To do mnie niepodobne, ale uciekłam od ludzi. Od hałasu i tłoku. Potrzebowałam wyciszenia. Poszłam na halę i właśnie zaczęłam ubierać w samotności piankę, gdy podszedł do mnie biegowy kolega Michał. Biło od niego opanowanie. Potrzebowałam tego. Nieporadnie sie ubieralam, więc podsunął ramię. Jakoś raźniej mi się zrobiło. Widział, że jestem bardzo zdenerwowana, więc zagłuszył stres opowieścią o przeżyciach z soboty, bo robił 1/8 i zalicza 1/4. Pamiątkowy pstryk przy depozytach, żegnamy się, bo on startuje po mnie i… idę nad rzekę. Maciej z Zoggsa zapina mi piankę, daje kopa w tyłek na szczęście, za chwilę Tomi ostrzega: „Uważaj na kamienie, jak się będziesz rozgrzewała, bo ja rozciąłem sobie nogę”, za chwilę Piotr W. klepie po ramieniu, mówi coś do mnie, udziela ostatnich wskazówek, gdzie i jak warto płynąć. „Ale ty jesteś spięta… Chyba nie słuchasz, co?”. Tak. Nie slucham i nie słyszę. Może jedynie bicie mojego serca. Przegrałam z nerwami. Owładnęły mną. Ostatni raz taki stresik odczuwałam, zdajac egzamin na prawo jazdy. To bylo prawie 20 lat temu.

Triathlon uczy pokory. I dystansu do siebie.

Wtapiam się w tłum czerwonych główek. Jak śmiesznie wszyscy wyglądamy. Chce mi się śmiać. Jak kosmici w tych okularkach, jak roboty w tych piankach, jak teletubisie w tych czepkach. Gdyby był konkurs na teletubisia triathlonu, miałabym duże szanse na podium. Mała główka z odstającym od kitki czubkiem i wielki pomarszczony czepek. Nie wiedziałabym o tym, że wyglądam przezabawnie, gdyby nie Marika, nasza olimpijka – sprinterka, która razem z mężem Radkiem przyszła pokibicować całej naszej ekipie z Akademii Motoryki. Wysłała mi potem fotkę. Ubaw po pachy.

Uściski od nich i buziaki od Krzysi, która jest z nimi, dodają otuchy. Za chwilę moja kolej. I nerwy jakby mniejsze. Bo i czym się denerwować? Pływać umiem, jeździć umiem, biegać umiem. „Weź się w garść, dziewczyno i przestań się do cholery mazać!” „Bądź twarda jak zawsze”. Hop i już jestem w Brdzie. W ubiegłym roku niewiele widziałam, bo okulary niemal od pierwszego metra mi zaparowały. Tym razem miałam okazję zobaczyć, jak krystalicznie czysta jest woda w naszej rzece. Trawy tworzące podwodny dywan chwilami zamieniały się w tunel, na dnie którego dostrzec można było piach. Do całokształtu brakowało jedynie kolorowych rybek. „Ale halo, a pani wie, że właśnie robi triathlon? Może by się pani pospieszyła?”. Mijając żółtą bojkę, spojrzałam na zegarek. Cooo? To niemozliwe! Strasznie wolno. O wiele wolniej, niż rok temu! Cały misterny plan poszedł… na spacer. Będę miała gorszy wynik? Przecież pływałam cały rok. Mało tego, chodziłam na naukę kraula, a pokonałam tym stylem maksymalnie 1/3 dystansu. Ech. Byłam na siebie wściekła, a z drugiej strony zadowolona, że w ogóle to zrobiłam. „Przecież dla większości moich rówieśniczek przepłynąć kilometr to matrix. Przestań się biczować. Jesteś zuch dziewczyna!”.

Czlowiek uczy sie cale zycie

Gdy wyszłam z wody, byłam najszczęśliwszą babką na świecie. Biegnąc do strefy, minęłam wielu moich znajomych, ale byłam tak skupiona na zadaniu, że nawet nie pamiętałabym, kto się darł, klaskał i nawoływał. Potem dopiero  dowiedziałam sie, że kibicowało mi tak wiele osób.

W strefie nie grzebałam się już tak długo, jak to było rok temu. Według mnie – oczywiście. Np. już się nie czesałam. 😛 Marika, która obserwowała mnie z widowni, mówiła, że tak komicznie wyglądałam, pakujac żele, jakby był to jakiś promocyjny towar z Lidla. Znaczylo to tylko jedno – bardzo się spieszyłam.

Jestem kolarzystka miejska!

44 km na rowerze pokonałam, nie wychodząc ani na chwilę ze strefy komfortu, jednak miałam wrażenie, że i tak już szybciej nie mogłabym jechać. Najbardziej upierdliwe okazały się rzeczy, na które nie miałam do końca wpływu, a które zaprzątnęły mi głowę. Pierwsza to taka, że zaczynałam drugie kółko z przeświadczeniem, że będę musiała zatrzymać się gdzieś w krzaczorach i zrobić siusiu. Ku mojemu zaskoczeniu przeżyłam bez pauzy, a do toalety poszłam dopiero po małym jasnym wypitym w strefie finiszera dwie godziny po zawodach. Ludzka natura jest jednak nieodgadniona. Druga sprawa okazała się bardziej męcząca, ale na szczęście szybko się z nią uporalam. ¾ trasy miałam katar i już po 10 km skończył mi się zapas chusteczek. Mniemam, że większość wprawionych kolarzy z pewnością nawet przez sekundę nie pomyśli: „I co teraz?”, skupiając się na tym, by drugie kółko pojechać równie szybko, co pierwsze, i by racjonalnie gospodarować piciem czy żelami. Wielokrotnie obserwowałam biegaczy i jadących na szosówce, jak załatwiają temat cieknących z nosa gili. Ale ja? Never! Mam smarkać za siebie? Fuj! Obrzydliwe! To przeciez urąga kobiecej godności. Nie przystoi – wszak nade wszystko jestem rowerzystka miejska, a potem dopiero kolarka. Nie docierał do mnie nawet najbardziej racjonalny argument, że to tylko woda. Jednak gdy już nie było w co smarkać i zauważyłam, że wyciąganie chusteczek nie dość, że jest czasochłonne, to jeszcze przy takiej prędkości niebezpieczne, nie było wyjścia, jak przełamać barierę, za którą nie ma już nawet centymetra elegancji i wdzięku…  Triathlon uczy pokory, dystansu i… smarkania za siebie. 😀

A tak serio, jechało mi się bardzo dobrze i pewnie dużo w tym zasługi Kuby z Velomanii, który po fittingu zmienił mi kierownicę na krotsza. Do ½ IM w Borównie będę miała też wymieniony mostek, siodło i założoną lemondkę. Co to będzie, ach, co to będzie… Już tym razem nie wyprzedzili mnie wszyscy z mojej strefy jak to było rok temu, ba, teraz nawet mnie udało się wyprzedzić kilku. Zwłaszcza tych na góralu. Rok temu jeden na szosówce, mijając mnie, skomentował z politowaniem: „Biedna, na takim rowerze…”. Teraz ja z dziką satysfakcją wykręcałam na mojej szosie kilometr za kilometrem i, wspierana na trasie przez rodzinę i przyjaciół , dotarłam do strefy 17 minut szybciej niż rok temu.

Bieg – wisienka na triathlonowym torcie

Żadne to odkrycie, że czekałam na ten etap wyścigu z największym upragnieniem. Dlatego tym bardziej jestem zaskoczona, że poprawiłam czas sprzed roku tylko o niecałe dwie minuty. Oczywiście bardzo się z tego cieszę, ale szukam jednocześnie powodu, czemu tylko tyle. I nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak zrzucić na upał. Rok temu było ciepło, ale nie aż tak. Pierwsze kółko pobiegłam trochę za szybko i na drugiej połowie już straciłam resztki sił. Byłam bardzo zmęczona. Bardzo. I całe szczęście, że na trasie spotkałam wielu znajomych, bo to w dużej mierze dzięki nim wytargałam taki wynik. Fragment odcinka pobiegł ze mną tata mojej uczennicy Zuzi. Roweru pilnowała jego Dorota, a on na butach SPD biegł ze mną i gadał do mnie jak do dziecka. Dwukrotnie wielkiego kopa dał mi Błażej S., komentator Aktywnej Bydgoszczy, który powitał mnie na ul. Mostowej jakbym biegła triathlon jako jedyna. Pół kilometra przed wbiegnięciem na czerwony dywan potowarzyszyła mi paręset metrów Krzysia. Dlaczego o tym piszę? Bo jest to dla mnie niezmiernie ważne. Mam już za sobą dziesiątki startów i tyleż samo met i wiem, że kibic to lepszy doping niż żel, woda, izo, magnez i banan razem wzięte.

Spiesz sie powoli

I gdy tak biegłam, potwornie zmęczona, spiesząc się, ile tylko sił w nogach, przypomniałam sobie zdanie, które kierował często do mnie mój Tata: „Córcia, spiesz się powoli”. I chociaż to po Nim odziedziczyłam, że nie stoję jak wazon, czekając na autobus, tylko idę na następny przystanek, to raczej nie po ojcu przebiegam na czerwonym na ulicy. Nigdy nie widziałam, żeby się spieszył, choć był krzepki i jego energiczny chód odejmował mu dekadę. Spieszył się z głową.

Jakże to znamienne, że właśnie w momencie największego wyczerpania przemówił do mnie z zaświatów. I wtedy zaczęłam gadać do siebie: „Za czym tak gonisz, dziewczyno!? Co Ci to teraz da – parę km przed metą? Przecież dałaś dziś z siebie wszystko! Bądź dla siebie łagodniejsza. Wystarczy, że cały rok byłaś surowa. Poprawiłaś wynik. I nie o minutę, a o wiele, wiele więcej. Dokonałaś tego – osiągnęłaś cel!”

Jest nad czym pracowac!

Plywanie mialam gorsze w porownaniu w ubieglym rokiem o 5 minut, za to progres wystapil w bieganiu i jezdzie na rowerze, z czego jestem bardzo zadowolona. Uzyskany czas to 3:10:11 poprawiony o 15 minut.

I co teraz?

MAM CEL – zlamac 3:00 w lipcu 2018!

O co tu biega?

O sportową wizytówkę Bydgoszczy

9 lipca brałam udział w niezwykłym wydarzeniu. Było przygotowane na tak wysokim poziomie, że śmiało mogę powiedzieć, że to najlepsza sportowa impreza, w jakiej brałam udział. Enea Bydgoszcz Triathlon to zawody na europejskim poziomie i potwierdzają to wszyscy, z którymi o tym rozmawiałam – przed, po i w trakcie. Bylo bezpiecznie i z klasą. Nie dość, że wzięłam udział w 1/4 IM i ukończyłam go z satysfakcjonującym mnie wynikiem, to jeszcze fantastycznie się przy tym bawiłam i uśmiałam (pomijając mój nieuzasadniony stres, któremu uleglam na szczęście tylko na początku). Mam wielką przyjemność znać organizatorów, którzy kibicowali mi, gdy kilka miesięcy temu zakładałam bloga, a potem gratulowali, gdy stało się to ciałem. Dziś na tym właśnie blogu serdecznie Wam, Kubo i Olku, gratuluję! Czego? Profesjonalizmu i Perfekcjonizmu przez duże P. Przeszliście samych siebie, jeśli chodzi zarówno o organizację, jak i nowe, oryginalne pomysły. Było ich całe mnóstwo, ale ja wymienię raptem parę. Oprócz oczywiście całokształtu ujęły mnie: charytatywny nocny bieg, food tracki, zdjęcie zawodnika na billboardzie, w pakiecie kolanówki i ręcznik finishera, a niezmiennie stałe elementy – depozyty, czerwony dywan, muzyka, pasta po odprawie. Pewnie każdy zwrócił uwagę na inne aspekty, ale ja akurat w pierwszej kolejności na te. Nawet pogodę zawsze macie przepiękną! Już teraz kibicuję całej Waszej ekipie w prześciganiu się pomysłami – jesteście ambitni, kreatywni i zdeterminowani. Enea Bydgoszcz Triathlon to sportowa wizytówka nie tylko Bydgoszczy i regionu, ale i Polski.

Triathlon zbliża ludzi

Pierwszy raz kibicowała mi moja Matka Chrzestna, która mimo ciężkiej choroby przyjechała i mnie wspierała. Pierwszy raz kibicował mi mój kuzyn z żoną. Była też moja Mama. Dziękuję Wam. Dziękuję wszystkim biegowym znajomym, którzy tego dnia byli w miasteczku kibica i mnie dopingowali. Nie wymienię z imienia, bo byłoby to krzywdzące dla kogoś, kogo tylko przez przypadek bym pominęła. Ale mam przed oczami obrazki. Kibicował mi też ktoś, kogo się nie spodziewałam… Dzięki wielkie za wszystkie wirtualne kciuki i duchowe wsparcie od osób, które wiedziały o moim celu i były ze mną na odległość. Jarkowi z Tristyle, Maciejowi z Zoggsa, Krzyśkowi z Sisu, a przede wszystkim Kubie z Velomanii – serdeczne dziękuję.

A moim triathlonowym znajomym i przyjaciołom z całego serca gratuluję ukończenia zawodów zarówno na dystansie 1/8, jak i 1/4. Dla każdego z nas był to wielki wyczyn! Pomyślcie, że jesteście absolutnie wyjątkowi! Ilu tylko biega, bo nie umie pływać, ilu tylko jeździ, bo nie lubi biegać, ilu tylko pływa, bo coś tam coś tam. A my? A my jesteśmy żywymi przykładami skumulowanej energii i mocy, siły i chęci, determinacji i zaangażowania, pasji i miłości do sportu. Jesteśmy triathlonowymi mistrzami świata.

Nie napiszę „do zobaczenia” bo to jakby oczywiste. Do popływania, pojeżdżenia i pobiegania za rok!

PS

Tekst powstalby szybciej, ale kiedy ma sie w perspektywie wyjazd zycia i wszystko do ogarniecia, mysli sie – napisze, gdy juz bede na miejscu. Potem jednak nastepuje szybka weryfikacja rzeczywistosci. Okazuje sie, ze net nie dziala nawet w 1/4 tak szybko jak w domu i material, ktory juz od wielu godzin moglby ujrzec swiatlo dzienne, z przyczyn, na ktore nie ma sie wplywu, ujrzec go nie moze. Zdjec, jak sie zapewne niektorzy z Was domyslaja, sciagnac rowniez nie moglam, wiec pojawia sie zaraz po moim powrocie do Polski. O POLSKICH ZNAKACH NIE WSPOMNE… 😉

Z goracymi pozdrowieniami z upalnego Szanghaju

O.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.