Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Dlaczego Poznań? Bo w Rotterdamie miało być 3:30, a było 3:31

Biorąc pod uwagę, jak ciężki miałam sezon, ten maraton był bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Lipcowy start w 1/4 Bydgoszcz Triathlon, potem dwutygodniowy wyjazd, podczas którego nie przebiegłam nawet kilometra, na dokładkę leniwy 5-dniowy weekend, a następnie sierpniowy 1/2 IM w Borównie wcale nie pomogły w przygotowaniach do królewskiego, bo do triathlonowych zawodów serwuje się przecież zupełnie inny rodzaj treningów. Na dodatek po połówce IM byłam bardzo zmęczona i wystraszona niepokojącym bólem ścięgna kolanowego, więc potrzebowałam kilkunastu dni, by wskoczyć na właściwe tryby. Tryby samonakręcającej się machiny, która bezlitośnie szybko odmierzała czas.
Ból, o którym wiedzieli tylko nieliczni, sprawił, że zrezygnowałam z kilku wrześniowych treningów. I w związku z tym, że nie odpuścił do samego maratonu, zrobiłam z nim najintensywniejsze biegi. I paradoksalnie to maraton sprawił, że teraz tego bólu nie czuję wcale. Ale nie o tym chciałam pisać. Do meritum.
Na miesiąc przed zawodami wkradły się wątpliwości. Przestałam widzieć sens w starcie, bo przestałam wierzyć w sukces. Książkowo się załamałam. Złożyły się na to różne okoliczności. Sprawy prywatne, przeciążenie, no i ten ból z tyłu na wysokości kolana. Zostałam zbadana przez bardzo dobrego, zaufanego fizjoterapeutę, który poradził, że jeśli nie przeszkadza mi to w bieganiu (a nie przeszkadzało), nie mam rezygnować z treningów. I już niemal odzyskałam nadzieję, gdy przyszło mi trzy tygodnie przed Poznaniem zmierzyć się z trasą półmaratonu Mondi Chełmno-Świecie, gdzie miałam ambitny plan złamać 1:40. Skoro połówkę w marcu w Gdyni ukończyłam z wynikiem 1:38:40, a kwietniowy maraton w Rotterdamie przebiegłam w 3:31, to „Jak ja chcę poprawić wynik z Holandii, skoro połówkę w Świeciu przebiegłam z wynikiem 1:41:22?!”. „Daj sobie spokój, dziewczyno” – myślałam. „Dobrze żarło i zdechło” – gadałam do siebie. „Porywasz się z motyką na słońce” – mruczałam pod nosem. Dopiero po tym, jak posłuchałam bardziej doświadczonych ode mnie, przestałam się samobiczować i przejrzałam na oczy. „Przecież to kompletnie inny profil trasy. O wiele, wiele trudniejszy”. Ktoś, z kim bardzo się liczyłam, powiedział:
– Jestem z ciebie bardzo dumny. Zrobiłaś najlepszy trening przed maratonem, jaki można było sobie wyobrazić.
– Poważnie?
– Tak.
Hm. No dobrze… Skoro tak, to OK.
Zaczęło do mnie docierać, że wszystkie treningi jakościowe wychodzą mi idealnie. Mieszczę się za każdym razem w widełkach, mam niskie tętno spoczynkowe i właściwe podczas każdego rodzaju biegu. Regularnie się odżywiam, śpię 8 godzin, chodzę na basen, saunę, Akademię Motoryki. Staram trzymać wagę z tendencją spadkową, nie piję alkoholu, ograniczam słodycze, biorę suplementy. Jestem wyciszona i skupiona. I nawet się trochę roluję. 😉
Parę dni przed biegiem dokonałam ostatecznej analizy sytuacji i doszłam do wniosku, że skoro wszystko, do czego przygotowywałam się w tym roku, mi wyszło, bo podchodziłam do tego poważnie i z absolutnym zaangażowaniem, to czemu nie miałby mi wyjść ten maraton? To w końcu nie wynik z kosmosu pod tytułem 3:00. To wynik, który ludzie niebędący trenerami, a znający się na rzeczy, byli w stanie po szybkiej analizie moich osiągów uznać za całkowicie możliwy do zrealizowania. Tylko że… był kontekst, czyli bardzo ciężki sezon, a ja mam prawie 40 lat…
W związku z tym znalazło się i miejsce na asekurację: „Tyle zrobiłaś w tym roku, że jeśli na szkle będzie mała rysa, to też się przecież nic nie stanie”. A guzik – bo męczyłoby mnie to jak drzazga pod paznokciem albo jak paproszek w oku. Cóż. Taka byłam od dziecka. Książkowy byk. Jak już coś sobie założyłam, poświęcałam się temu bez reszty i konsekwentnie dążyłam do wyznaczonego celu. Bycie człowiekiem ambitnym ma oprócz pozytywnych stron, również i te złe. A najlepiej wiedzą to nie wcale ci ambitni, a ich rodziny. Zatem tak jak szybko przyszły myśli o tym, że będę sobie śpiewać: „Nic się nie stało! Na na na, nic się nie stało!”, tak szybko sobie poszły. Krótko mówiąc, ostatecznie opanowała mnie pewność swego, więc i wewnętrzny spokój.

Cisza przed burzą

Do Poznania pojechaliśmy z parą znajomych w sobotę. Ich towarzystwo zapewniło mi wyciszenie, czego najbardziej potrzebowałam. Mieliśmy wynajęte mieszkanie. Wszystko zaplanowane i ustawione. Bardzo pogodni, ciepli ludzie. Spacer po pakiety, wspólna kolacja, przedtem wieczorna przebieżka, a potem relaksacyjna kąpiel. Kładąc się do łóżka po północy, odczuwałam spokój. Nie sypiam dobrze w nowych miejscach, więc tym bardziej byłam zaskoczona, że zaliczywszy pięcioipółgodzinny sen, obudziłam się wyspana, nim jeszcze zadzwonił budzik.
Nie lubię się w takich chwilach spieszyć. I nie było pośpiechu. Było za to koncentracja do kwadratu. Z Rafałem mieliśmy bardzo podobny cel. Jemu zależało na tym, by poprawić wynik z Orlenu, gdzie pobiegł 3:29. Dorota nie biega, jest za to jego najwierniejszym kibicem. Rozmowy toczyły się wokół jednego, ale nie widać, by odstawała, jeśli chodzi o znajomość biegowych zagadnień i sportowej problematyki. Jest tym przesiąknięta niemal w równym stopniu co my. Wszystkie potrzeby załatwione, więc pora na nas. Zatrzymuje mnie jedynie tradycyjna już ściąga na dłoni – zapisuję sobie planowane międzyczasy i tempa. To mi pomaga. W radosnej atmosferze idziemy na start. Życzymy sobie powodzenia i stwierdzamy, że każdy zrobi swoją przebieżkę. 25 minut do startu, ostatnia wizyta w krzaczkach, bo po tej stronie, skąd przyszliśmy, nie ma Toi Toi. Zaczynam rozgrzewkę. Pogoda jest idealna. Nie czuję zdenerwowania. Mówię do siebie w duchu, że jestem perfekcyjnie przygotowana, więc nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć. 10 minut do godziny ZERO, gdy ustawiam się na starcie. W mojej strefie mnóstwo ludzi, ale nikogo znajomego. Zaczynam odliczać minuty i poruszać się w rytm muzyki. Rozglądam się i nagle dostrzegam Zygę – kolegę, który planuje lecieć na 3:45. Serdecznie się witamy. O wiele mi raźniej. Wybija 9:00, ale nie słychać strzału. Hm. Pewnie mały poślizg. Gadamy o wszystkim i o niczym, gdy w pewnej chwili widzę moich znajomych – Rafała, a niedaleko niego za barierkami Dorotę. Ale fajnie, że się w takim tłumie zlokalizowaliśmy. Coś jest na rzeczy, bo już 9:10. Słyszymy komunikat, że jakieś problemy. Stoimy w zwartej grupie, dołączają do pogawędki inni biegacze i dzięki temu szybciej upływa czas. Ludzie zaczynają narzekać, że im zimno, ale mnie jedynie zaczyna dokuczać pełen pęcherz. O 9:30 decyduję się poszukać ustronnego miejsca i dobrze, że to robię, bo obawiam się, że mogłabym nie dać potem rady. Staram się negatywnie nie nakręcać. Wiem, że złe myślenie może mi tylko zaszkodzić. Życzymy sobie powodzenia chyba czwarty albo piąty raz. W sumie to nawet jest śmiesznie. Robimy sobie zdjęcia i żartujemy w myśl zasady, że po co być złej myśli, skoro można być dobrej.

Cel – dogonić pacemakerów

Zegarek uruchamiam równo o 9:45. Po kilku minutach od startu pacemakerzy prowadzący grupę na 3:30 zaczynają mnie wyprzedzać. Nie dziwi mnie to wcale, bo założenie było takie, by biec na początku wolniej i z każdym odcinkiem podkręcać śrubkę. Zaczynam więc tempem 5:05, co prognozuje zakończenie biegu o czasie 3:35. Czuję się fantastycznie. Pierwszy żel biorę na 12 km, korzystam z każdego wodopoju, biorąc po dwa, czasem trzy kubki. Parę łyków plus reszta na kark. Jestem bardzo skupiona, patrząc co 200 metrów na zegarek. Męczące, ale wiem, że tylko tak jestem w stanie w stu procentach panować nad sytuacją. Mam wszystko pod kontrolą. Nic mnie nie dekoncentruje, nie obciera, nie uwiera, nie denerwuje. Nie czuję głodu, choć nie jem nawet kawałka czekolady ani banana. Staram się nie wchodzić w interakcję z kibicami, choć są fantastyczni! Nigdy wcześniej w Polsce nie widziałam tylu rozentuzjazmowanych ludzi wspierających biegaczy. Na 24 km zjadam drugi żel. Na 26 km, czyli chyba gdzieś w okolicach Malty, mijam dziewczynę, którą poznałam, czekając na start. Ona też planuje łamać 3:30, ale teraz niestety gaśnie. Biegnie ze mną 2 km, ale zostaje na podbiegu, gdzie akurat grupa mnichów gra jakiś ostry metalowy kawałek. Staram się zbierać na każdym kilometrze chociaż 2/3 sekundy, ale co mój zegarek informuje mnie, że właśnie przebiegłam kolejny kilometr, okazuje się, że do tabliczki z informacją o kolejnym kaemie mam jeszcze 10/15/20 metrów. Strasznie mnie to stresuje, bo zdaję sobie sprawę, że tego nie przewidziałam. Zapomniałam o tym, że zawsze na takim dystansie mocno odczuwa się te dodatkowe metry. Chociaż bardzo się staram biec przy skrętach blisko krawężników i nie kombinować przy wodopojach, w finale okazuje się, że nadrobiłam aż 150 metrów (na Garminie mam 42.340) – niby niedużo, ale to jest jak bonus za free.

Samotność maratończyka

Druga połowa trasy okazuje się trudniejsza – raz – z powodu zmęczenia, ale – dwa – przede wszystkim ze względu na profil trasy. Jest sporo niepozornych podbiegów, przez które uciekają mi cenne sekundy. Widok idących maratończyków nie napawa optymizmem, ale motywująco działa na mnie świadomość, że absolutnie nikt od pewnego czasu mnie nie wyprzedza. Biegnę jak Forrest Gump. Na 34 km zjadam trzeci i ostatni żel. Czuję w sobie niespożytą energię i chęć do walki. Nie mam żadnej ściany. Samotność okazuje się zbawienna, bo mogę się maksymalnie skoncentrować. Niestety 36 km chwieje moim stabilnym dotąd przekonaniem, że wszystko idzie zgodnie z planem, bo ten kilometr przebiegam o czasie 5:04, a powinnam 10 sekund szybciej. Do tego zdaję sobie sprawę, że pacemakerzy są ode mnie naprawdę daleko. Niby się do nich zbliżam, ale oni ciągle niedoścignieni. Na 39 km są już bliżej, ale jednak nie na tyle, że czuć spokój. Zaczynam mówić do siebie: „Byle lepiej niż w Rotterdamie. Niech chociaż będzie 3:30:30, to i tak będzie super”. A guzik! Nie będzie. Walczę! Panowie z zielonymi proporcami już niemal na wyciągnięcie ręki, ale to tylko pozory. 39 km kończę w tempie 4:52, ale 40 km już w tempie 4:53. Wbiegam w strefę, gdzie kibiców jest już tak dużo, że nie słyszę własnych myśli. Dwie zielone flagi coraz bliżej. Dzieli ich od siebie jakieś 30/40 metrów. Ten bliżej mnie chyba nie złamie 3:30, jeśli będzie biegł tym tempem. Mijam 41 km w tempie 4:45 i już prawie tego gościa mam! Nie myślę o zmęczeniu, czuję napływ takiej adrenaliny, że odnoszę wrażenie, że czegoś takiego doświadczam pierwszy raz w życiu. „Ola, błagam Cię, walcz! Nie oddawaj im tego! To jest Twoje 5 minut! Dosłownie – 5 MINUT!”. Moc przybywa chyba z powietrza. Albo z Bydgoszczy. Ludzie szaleją, skandują, a ja nic nie słyszę poza wewnętrznym głosem, który mnie prowadzi do mety. Kończę 42 km w tempie 4:38. „Jeśli teraz odpuścisz, to się nie nazywasz Tatulińska! Masz to! Rozumiesz?! Walcz!!!” Ostatnie 200 metrów pokonuję w tempie 4:08. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale to jest magiczne. Niesiona nieznaną mi dotąd siłą z kosmosu frunę jak na skrzydłach.

To jakiś matrix.

Zakręcam w prawo i biegnę już po niebieskiej murawie. To tu maratończycy finiszują. Ale jeszcze nie wiem, czy się zmieszczę w czasie. Widzę pacemakera, który kończy bieg, ale to już nie ma znaczenia, bo oto ONA. Upragniona, jakoś szybciej niż się spodziewałam, wytęskniona meta! Moja meta!
I wtedy spoglądam na zegarek.
3:29:57.
Średnie tempo 4:59, średnie tętno 162.

W Poznaniu poznaj siebie

Na wspomnienie rozmowy z Tomim G., który bardzo mi kibicował, chce mi się śmiać. Pisze do mnie wieczorem:
– A powiesz, co czułaś, jak już przebiegłaś linię mety? Radość? Wzruszenie?
– Szczerze?
– Toć pewnie.
– Nic, Tomi, nie czułam. Kompletnie nic.

Dopiero po kilkunastu minutach wzbiera fala wzruszenia. Gdy już dostaję medal, wypijam izo, spotykam się w umówionym miejscu z Rafałem i Dorotą, robimy pamiątkowe zdjęcia, zaczynam beczeć jak dziewczę. Wreszcie do mnie dociera, co zrobiłam. Zrobiłam coś, o czym marzyłam od równo roku. Wracamy do domu, a ja ryczę. Pomimo zwątpienia, a nawet załamania, w porę odbiłam się od dna. Moja mama zawsze powtarza, że złej tancerce szew na d*pie przeszkadza. Mnie NIC, ABSOLUTNIE NIC nie przeszkodziło w osiągnięciu tego celu i nic nie stanęło na przeszkodzie. Gdy czytam wpisy ludzi na temat powodu ich niepowodzenia na tym maratonie, nie komentuję tego. Większość zrzuca na 45-minutowe opóźnienie. Pytanie, czy byli wyspani, nawodnieni, wysikani, najedzeni (nie śniadaniem biegnie maratończyk, a obiadem i kolacją), a przede wszystkim, czy byli dobrze przygotowani treningowo. Cóż mogę powiedzieć? Mnie te 45 minut wyczekiwana na start na pewno nie ucieszyło, ale zwycięstwa nie odebrało. Powiem więcej. Ktoś bardzo mi przychylny skomentował po wszystkim, że byłam tak dobrze przygotowana, że gdyby nie to opóźnienie, skończyłabym prawdopodobnie nawet z wynikiem 3:28. Tyle że to jak wróżenie z fusów. Mam swoje 3:29:57 i nie wiem, co by było, gdybym tego 3:30 nie złamała. Kto wie? Może też bym zwalała na ten spóźniony start. Tymczasem jestem 43. z 1107 kobiet, które ukończyły poznański maraton i 24. w swojej kategorii. Wszystko zagrało na 100 procent.
Wróciliśmy do domku, wypiliśmy z Rafałem piwko otrzymane w pakiecie za nasze zwycięstwo – On pobiegł 3:28:40, czyli też zrobił życiówkę, zjedliśmy obiad, zaliczyłam relaksacyjną kąpiel i przyszedł czas pożegnać się z Poznaniem. Z Poznaniem, z którym wiążę piękne wspomnienia, bo tu zaczęłam równo 20 lat temu studia. Ale dopiero ten maraton pozwolił mi POZNAĆ swoje dotąd nieznane możliwości.

Podsumowanie, chociaż to nie koniec roku

Jak na zakończenie sezonu sportowego czas na podsumowanie. Ten rok był niesamowity. To, co teraz napiszę, nie ma zabrzmieć górnolotnie. W grudniu zdobyłam dzięki głosom internautów koronę II Wicemiss Polski Biegaczek i przez cały rok starałam się robić wszystko, by przynosić dumę mojemu Miastu Bydgoszczy i środowisku biegowemu, z którego się wywodzę. Zaplanowałam sobie na 2017 realizację sześciu celów: założyć bloga, a w pracy szkółkę biegową „Biegamy po szkole”, być przewodnikiem niewidomego, poprawić wynik na 1/4 Bydgoszcz Triathlon, ukończyć 1/2 IM Bydgoszcz Borówno, ale przede wszystkim złamać 3:30. Bloga #ocotubiega ludzie czytają i czytelników przybywa, na treningi szkółki biegowej młodzież przychodzi z większą chęcią niż sądziłam, niewidomy biegacz, którego prowadziłam, zdobył brąz na Mistrzostwach Polski, 1/4 BDG TRI poprawiłam o 15 minut, na 1/2 IM stanęłam na podium w kategorii wiekowej,  a poznański maraton przebiegłam w wymarzonym czasie.

„Jest maraton – jest impreza”

Tym hasłem jakiś kibic motywował na trasie maratończyków.
Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali, ale Kamilowi przede wszystkim. Yeah!!! Zrobiłam to!!! Wierzyłeś w mój sukces nawet wtedy, gdy ja przestałam.
Przygotowania do każdych zawodów to mnóstwo wyrzeczeń, ale nigdy w życiu tak bardzo się nie poświęciłam jakiejś idei jak teraz. Miesiące intensywnej pracy, dziesiątki, jeśli nie setki godzin spędzonych na różnorodnych treningach, wiele, wiele poświęcenia. Zawsze otwarta na ludzi, pierwsza do rozkręcenia imprezy, teraz celowo rezygnowałam z towarzystwa, unikałam spotkań. Nie szukałam kontaktu z bliskimi, z przyjaciółmi, a bywało, że nawet te relacje zaniedbywałam. Przyszedł czas, by Wam za tę wyrozumiałość podziękować.
A teraz odpoczywam i biorę głęboki oddech. W sobotę świętuję zamknięcie sezonu sportowego i po ilości osób, które zgłosiły chęć uczczenia tego wydarzenia wraz ze mną, zapowiada się huczna impreza. I bardzo się z tego cieszę. Uwielbiam tych ludzi. Nie wyobrażam sobie, by ich ze mną w ten ważny dla mnie dzień nie było. Dlaczego? Bo większość też zamyka sezon biegowy i triathlonowy, ale to nie główny powód.

Po prostu, co często powtarzam, tylko biegacz zrozumie biegacza.

I jeszcze jedno.

Ktoś skomentował mój wynik: „No, to Ci się w końcu udało!”.

Czy mi się udało?

To najbardziej krzywdzący opis stanu rzeczy.

Bo udać to mi się może nie wejść na łące w krowie łajno. 🙂

Dlatego nigdy, przenigdy nie mówcie, że coś się Wam udało, jeśli kryje się za tym Wasza ciężka praca.

fot. Dorota L. i Rafał K.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.