Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

„Rozgrzewka”

Potrzebowałam więcej czasu, niż się spodziewałam – by zasiąść do pisania relacji z mojego Ironmana.
Najpierw urlop, potem ortopedyczny uraz u mojej Mamy i związana z tym konieczność przeorganizowania życia, ale nade wszystko potrzeba wypoczynku. Nie byłam wyczerpana fizycznie, a psychicznie.

Owszem, po Ironmanie wzięłam dwie tabletki przeciwbólowe z niedzieli na poniedziałek, bo ból kolan nie pozwalał mi zasnąć. Spałam zaledwie parę godzin. W poniedziałek weszłam do samolotu i nawet syn, z którym leciałam do Szkocji, był zaskoczony, że schodzę z pokładu dość żwawo jak na osobę, która pokonała 20 godzin wcześniej dystans 226 km. We wtorek bolały mnie uda, a że mogłam sobie na to pozwolić, przeleżałam pół dnia w łóżku. Drugą część dnia spędziłam na zakupach i w kuchni. W środę byłam już na długim spacerze, tyle że gdy pojawiały się schody, wybrałam drogę dla wózków. Generalnie rzecz biorąc, nogi bolały mnie tak jak po każdym maratonie. Ani jednego pęcherza. Ani jednego otarcia. Za to do teraz nie mam ochoty nawet spojrzeć w stronę rolera.

Dlaczego więc piszę dopiero po dwóch tygodniach od mojego największego sportowego wyczynu?
Bo, pomijając fakt, że poleciałam od razu potem na zasłużone wakacje, to zwyczajnie w świecie dopiero od paru nocy w miarę normalnie śpię. Wcześniej zapadałam w coś w rodzaju letargu, który trwał maksymalnie 4/5 godzin. A żeby napisać wyczerpującą relację z tej imprezy, potrzebowałam kilku godzin pełnego skupienia.

Adrenalina zeszła, endorfiny odpuściły, emocje opadły, więc względnie przesypiam noce.
Mogę (w miarę) trzeźwym okiem spojrzeć na to, co wydarzyło się w moim życiu 19 sierpnia.

Zapraszam do lektury.

„Czas start”

Na wstępie uprzedzę, że parę razy w tym tekście pojawią się naturalistyczne obrazki. Innymi słowy, mimo że dla części z Was może wydać się to niesmaczne, uznałam, że zależy mi, by nie ukrywać niczego, co składa się życie każdego triathlonisty, a wiem, że wśród moich czytelników znajdują się osoby, którym w głowie kiełkuje myśl o IM.
Będzie więc oprócz tego, że bardzo emocjonalnie, również dość „fizjologicznie”.

Zacznę od tego, że pielęgnuję w moim sercu wspomnienie wydarzenia, które miało miejsce 20 sierpnia 2017 r.
Rok temu, o godzinie 21:40 pojawiłam się wraz z synem i znajomymi na Zawiszy na dekoracji uświetniającej 1/2 IM i IM. Miałam wtedy ogromną przyjemność odbierać statuetkę za 2 miejsce w kategorii wiekowej na dystansie 1/2 IM.
Chwilę przed 22 wbiegł na metę ostatni uczestnik – człowiek z żelaza. Nim pojawił się na czerwonym dywanie, konferansjer przygotował na to widownię odpowiednim komentarzem. Oczekiwanie na ostatniego zawodnika było dla mnie czymś tak ekscytującym, że mimo iż nie znałam go osobiście, gdy pojawił się wreszcie na horyzoncie, z podniecenia nie mogłam powstrzymać łez. Moje ciało przeszywały dreszcze, łzy płynęły po policzkach, dłonie bolały od klaskania.

To było coś absolutnie nieprawdopodobnego.

„Też tak chcę” – pomyślałam wtedy. – „Też chcę poczuć to co ten człowiek. Mogę być ostatnia. Ale zrobię to! Dla tej chwili. Zrobię sobie prezent na czterdzieste urodziny”.

W ubiegłym roku na pełnym dystansie startowało osiem kobiet.
Już tego samego wieczoru zrodził się w mojej głowie śmiały plan – „Chcę wystartować w tych zawodach, bo mają rangę Mistrzostw Polski. To bardzo prestiżowe zawody. A jeśli bierze w nich udział tak mało kobiet, mam szansę nawet na pudło w kategorii”.

Myślicie, że jestem krnąbrna? Albo butna? Może nie znam swojego miejsca w szeregu?
Myślcie, co chcecie.
Ja wiem jedno.
Mierzenie wysoko pozwoliło mi uwierzyć w swój potencjał, w swoje nieznane dotąd możliwości. I właśnie zawieszeniu samej sobie wysoko poprzeczki zawdzięczam mój sukces 19 sierpnia.
Bo po co być złej myśli, skoro można być dobrej?
Ułożyłam sobie w głowie plan i z początkiem listopada misternie go realizowałam.
Trafiłam na świetnego pływackiego trenera, który zaraz na pierwszej lekcji zapowiedział mi, że od teraz mam zapomnieć, że pływam żabką. Plany treningowe tri wysyłał mi co tydzień trener drużyny Trispace. Śledziliście bardziej lub mniej moje treningi, więc wiecie, że było ich czasem osiem, czasem dziesięć w tygodniu. Dwa pływania, trzy rowery, cztery biegi, w tym mój ulubiony sobotni trucht z uczniami. Spędziłam wiele godzin na rowerkach w Sport Factory, nie odpuszczałam biegów nawet w mróz i śnieg. Treningi na bieżni odbywałam głównie z powodu smogu. Przeorganizowałam całe swoje życie.
I tak tydzień w tydzień, do znudzenia lub, jak mawia się w triathlonowym światku, „do porzygu”. Do tego Akademia Motoryki i zawody. Głównie biegowe, w tym udany maraton w Sztokholmie, ale także tri.
Ponad 1800 km biegu, ponad 3400 km kręcenia pedałami i prawie 100 km pływania – to mój treningowy rezultat zarejestrowany od września na Garminie.
Na ten sezon miałam zaplanowane w sumie trzy triathlonowe starty – w tym wieńczący przygotowania Ironman.
Sezon tri otworzyłam spontanicznym udziałem w duathlonie w Ustce (2 miejsce w kat.), potem był czerwcowy start na dystansie 1/4 w Soplicowie (1 miejsce w kat.), a następnie lipcowe zawody 1/2 IM na Enea BDG Tri (2 miejsce w kat.). Niezmiennie uważam, że mam dużo szczęścia z tymi pudłami, bo tak się jakoś szcześliwie składa, że wypełniam lukę w mojej kategorii wiekowej. Moje rywalki wybierają albo starty w innych miastach, albo na innych dystansach. Niemniej skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to nie motywuje. Ależ tak! Bardzo mnie uskrzydla fakt, że staję na podium (zresztą… czy kogoś nie?).
Natomiast dość zuchwałe marzenie o pudle na IM legło w gruzach szybciej niż szybko – w grudniu zajrzałam na listę startową.
Yyy.
Jak to?
Rok temu kobiet było osiem, a teraz trzy razy więcej?

Szybka weryfikacja planów.

„Uspokój się. Po prostu ukończ tego Ironmana” – gadałam do siebie.

„Ależ oczywiście, że ukończę!” – zapewniałam samą siebie.

Jednak czym bliżej lata, tym coraz bardziej docierało do mnie, co ja najlepszego sobie zrobiłam.

Chyba naprawdę jestem niespełna rozumu. Oznajmiłam całemu światu o moich planach i teraz co? Wycofać się byłoby hańbą.

***

Miałam szczęście nie mieć kontuzji, nie musiałam też koncentrować uwagi na sprawach, które zabierają energię. Był tylko jeden cel – stanąć na czerwonym dywanie 19 sierpnia. I jeszcze jedno. Wykonałam wszelkie możliwe badania. Krwi, moczu, serca. To szalenie istotne.

I nagle w lipcu przyszedł kryzys. Spadek motywacji level master.
Zmęczenie.
Wypalenie.
Niechęć do treningów.
Splot niefortunnych zdarzeń i w konsekwencji rozcięcie łuku brwiowego.
Pięć szwów na pięć tygodni przed Ironmanem.
Załamanie. Wykluczenie z pływania na trzy tygodnie. Zero wysiłku przez dwa tygodnie.

I tu się zatrzymam, by podziękować dwóm osobom.
Mateuszowi Dezydeuszowi i Kamilowi Łazowi.

Gdy zdarzył się wypadek, bardzo wsparł mnie psychicznie mój pływacki trener Mateusz. Sam od siebie pytał o mój stan zdrowia, duchowo był obecny w moim życiu niemal codziennie. Czuwał. Nawet wciągnął w to swoją żonę Adę, która też otoczyła mnie serdecznym słowem.
Czułam, że mój start jest dla niego ważny niemal tak jak dla mnie samej.
Po kilku tygodniach rana się zagoiła i wróciłam do pływania.
Tyle że… czym bliżej startu, tym mniejsza ochota na Ironmana.
Nie chciało mi się z nikim o tym gadać. Dostawałam co tydzień plan treningowy, ale nawet do niego nie zaglądałam. Motywacja jednego dnia była, by na dwa dni zniknąć. Nauczyłam się wymieniać dętkę, przeczytałam wiele mądrych artykułów i książek, nasłuchałam się rad doświadczonych zawodników, wyposażyłam w niezbędną wiedzę dotyczącą spania w ostatnich tygodniach i jedzenia na zawodach, wszystko miałam dopracowane, ułożone w głowie, ale czułam, że coś jest nie tak.
I wtedy nieoczekiwanie odezwał się do mnie raz, potem drugi, a potem trzeci – mój były biegowy trener, którego od zawsze uważałam za świetnego psychologa. Podpytywał, jak moje nastawienie na parę tygodni przed naszym IM, jak moja motywacja. Po prostu się mną zainteresował.

I wtedy coś we mnie pękło. Powiedziałam mu o moich obawach, zniechęceniu, spadku motywacji. Beczałam.
I to właśnie Kamil sprawił, że odzyskałam chęci do walki o tytuł kobiety z żelaza. Jako biegowa i triathlonowa amatorka wiem, że potrzebuję uwagi i pochwał. I otrzymałam je. Całe szczęście, że nie było za późno. Serdeczne słowa wsparcia, dodanie otuchy, powołanie się na moje dotychczasowe osiągnięcia, na efekty naszej współpracy sprzed paru lat zaowocowały tym, że wróciła mi wiara w sukces 19 sierpnia.

***

To niesamowite, ale obudziłam się w niedzielę z poczuciem, że wieczorem przekroczę próg domu z medalem na szyi. To przeświadczenie uspokajało mnie i dodawało energii. Jedyne, co mnie tego poranka martwiło, to fakt, że nieśpieszno mi było do toalety. W normalnych okolicznościach (czyli przed innymi zawodami) wachluję drzwiami od WC cztery/pięć razy. Tym razem było o połowę mniej, co zaowocowało połknięciem dwóch Stoperanów, które otrzymałam od Tomiego na pół godziny przed zawodami. Z obawy przed niechcianym postojem na trasie zrobiłam coś, czego generalnie się nie pochwala. Nie powinno się z niczym eksperymentować w dzień zawodów. Tym bardziej takich zawodów. Jakie były tego skutki, opowiem potem.
Na kwadrans przed godziną „zero” pojawiła się na plaży moja przyjaciółka Magda wraz z jej Tatą, który bardzo przeżywał mój start. Zdążyliśmy się wyściskać, by za chwilę wspólnie przeżyć piękną chwilę, gdy rozbrzmiał nasz hymn. Na maszt wciągano biało-czerwoną flagę, a ja dumnie i głośno śpiewałam Mazurka Dąbrowskiego. Czasem tylko załamywał mi się ze wzruszenia głos. Wtedy właśnie najintensywniej myślałam o moim Tacie. Że pewnie gdyby żył, stałby tam ze mną i równie głośno śpiewał.
Wiele razy na lekcjach rozmawiałam z moimi uczniami na temat patriotyzmu. Wśród sporej liczby przykładów miłości do ojczyzny wymienialiśmy właśnie ten – gdy podczas ważnych sportowych wydarzeń Polacy dumnie śpiewają narodową pieśń. A teraz przyszło mi doświadczyć osobiście, na Mistrzostwach Polski, w których uczestniczę, tego niesamowitego przeżycia. Nawet jak to piszę, mam w gardle kluchę.

3,8 km pływania po jeziorze w Borównie to najprzyjemniejsze doświadczenie tych zawodów. Płynęłam spokojnym, miarowym tempem i gdyby trzeba było pokonać dystans dwa razy dłuższy, zrobiłabym to, myślę, bez problemu. Nie czułam zmęczenia ani znużenia. Garmin pokazał, że przepłynęłam dystans 4,5 km i z pewnością bardzo się nie pomylił. Mam kłopot z nawigowaniem i kilka razy płynęłam po łuku. Po trzecim kółku koleżanka Magda podała mi żel energetyczny, który był strzałem w dziesiątkę. Spędziłam w wodzie dokładnie 1:55:19, więc zapotrzebowanie na węglowodany było bardzo duże.
Wiedziałam, że będę zamykać stawkę i nie było dla mnie zaskoczeniem, że na 257 osób wyszłam z wody jako 251.
Zarówno dla mnie, jak i mojego pływackiego trenera osiągnęłam cel – przepłynęłam cały dystans kraulem.
Byłam szczęśliwa. On też.

W strefie T1 (czas 5:02) towarzyszył mi pogodny nastrój. Postanowiłam nie zakładać skarpetek, bo wszystkie długie treningi też robiłam bez nich. Nie przejęłam się komentarzem jakiegoś zawodnika, który sarkastycznym tonem wyraził opinię, że jest „pod wrażeniem ilości jedzenia, jakie zaplanowałam na trasę”. Słuchałam tylko siebie. Jechać będę długo, więc potrzebuję dużo energii. Plan zakładał spożycie jednej porcji średnio co 25/30 minut. Przy założeniu, że będę jechać 7 godzin, potrzebowałam 15 sztuk wszystkiego, co jadałam na rowerowych treningach. Plus zapas na ewentualność niespodzianek. Miałam więc czternaście żeli, trzy batony i dwa banany. Cała torebka przypięta do ramy była upchana na maxa, banany przyklejone do niej taśmą, na brzuchu sakwa z dodatkowymi żelami. Wyglądałam jak ciotka z Przemyśla, ale wiedziałam jedno – brak jedzenia mi nie grozi. I z uśmiechem na twarzy ruszyłam do walki na etapie rowerowym.

Zacznę od przyjemnych rzeczy.
Wspaniali kibice pomogli przetrwać trudne momenty. Magda Rudol, Krzysiek Kowalski, Krzysia Błażejak – musiałam ich tu wymienić, choć lista jest o wiele obszerniejsza. Dziękuję Wam z całego serca.
Wielu kibiców to również moi, nieznani osobiście, czytelnicy, którzy ujawniali się właśnie na trasie. Wspaniały to stan – być pozdrawianą na trasie nazwą mojego bloga. Do 90 km jechało mi się naprawdę dobrze. Wolno, ale przyjemnie. Piłam bardzo dużo, na obu wodopojach zaopatrując się w dwa bidony i butelki wody. Przyjmowałam węglowodany regularnie, urozmaicając sobie posiłki różnymi smakami żeli i popijając je wodą lub izotonikiem. W połowie dystansu wyrzuciłam sakwę. Pod koniec etapu rowerowa torebka świeciła pustkami. Słońce zaczęło być dość mocno odczuwalne około godz. 13, podobnie jak wiatr na otwartych przestrzeniach 20 kilometrów od Zawiszy. Około 50/60 km zaczęłam odczuwać następstwo Stoperanów. Skurcz żołądka był na tyle dotkliwy, że poprosiłam znajomych o Nospę, która na szczęście po godzinie przyniosła spodziewany efekt. Tymczasem godziny upływały, a mnie zaczynało doskwierać zmęczenie. Nic mnie nie bolało – ani kark, czego się obawiałam, ani pupa, na co także byłam przygotowana. Po prostu coraz bardziej dochodziło do mnie, że jeszcze 70 km.
Jeszcze 60 km.
Jeszcze 50 km.
Dwa razy musiałam zatrzymać się na siusiu, bo wypiłam chyba 7, jak nie 8 litrów płynu.
Na 135 km, gdy jechałam sama samiuteńka, gdzieś tam hen daleko na wsi, po lewej pole, po prawej pole, tak bardzo zrobiło mi się smutno, że nagle rozbeczałam się jak dziewczę. Jechałam i ryczałam. Że taka jestem biedna i taka sama, ale też dlatego, że właśnie TO się dzieje. „Ola, robisz Ironmana. Ironmana, na którego tak czekałaś, do którego tak bardzo się przygotowywałaś. Nie daj się mu. On cię teraz sprawdza, na ile jesteś twarda. Na ile nieprzejednana w postanowieniu, by go pokonać. Becz sobie do woli, ale nie wolno ci się poddać. Włożyłaś w to całe swoje serce i teraz miałabyś zrezygnować? Bo niby czemu? Nic cię przecież nie boli, noga wolno, ale podaje, jesteś nawodniona, dostarczasz ciału na czas energię, więc przestań do cholery się mazać, zaciśnij d*pę i jazda. Zostało 40 km”.
I jechałam.
39 km.
35 km.
32 km.
Głośno odliczałam niemal każdy kilometr. Gadałam na głos.
„Jeszcze troszkę. Wytrzymasz”.
I stało się coś, czego nie przewidziałam. Od pewnego czasu czułam, że żołądek zaczyna się buntować i skurczać do wielkości orzeszka.
A trzeba jeść.
Wzięłam więc porcję żelu, popiłam wodą i w tym momencie poczułam, że nie panuję nad odruchem wymiotnym. Jechałam więc i haftowałam asfalt. I tak trzy, cztery razy. Zwracałam, po czym ujechałam kawałek i wciskałam kolejną, nawet malutką porcję żelu czy kawałeczek batonu. I chlup. I znowu. Postanowiłam zmienić taktykę i żel wciskać do buzi 5/6 razy. Baton też dzieliłam – czasem na 10 kęsów. Łzy spływały mi po policzkach od wysiłku z powodu zwracania żołądkowej treści, ale wiedziałam, że muszę jeść i pić, bo się odwodnię. To był najbardziej upokarzający moment tych zawodów. Z perspektywy czasu stwierdzam, że postąpiłam najrozsądniej jak mogłam, nie rezygnując pomimo rozstroju żołądka z przyjmowania węglowodanów. Nie przeoczyłam tym samym spadku glikogenu i utraty sił. Sił tak przecież potrzebnych również na ostatnim etapie zawodów, który miałam już niemal w zasięgu ręki. Mimo to odzywała się we mnie też kobieta – dobrze, że nikt mnie wtedy nie oglądał, bo obrazek wymiotującej na rowerze pańci musiał być obrzydliwy.
Byłam po 150 km tak wyczerpana, że gdybym wtedy złapała panę, to uwierzcie, nie byłabym chyba w stanie zsunąć łyżkami opony, a co dopiero wymienić dętkę. Jeszcze parę dni przed zawodami żyłam nadzieją, że w razie „W” poproszę kogoś na trasie o pomoc. Na odprawie technicznej zapytałam osobiście sędziego, czy można skorzystać z pomocy zawodnika. „Wykluczone! To Mistrzostwa Polski. Chce być pani kobietą z żelaza, musi pani radzić sobie sama”.
Dźwięczały mi te słowa w uszach, więc gdy złapał mnie kolejny kryzys, choć ostatnio modliłam się parę lat temu, nagle zaczęłam szeptać słowa: „Panie Boże, proszę, daj mi ukończyć tego Ironmana. Nie odbieraj mi tej radości. Proszę…”. Kręciłam pedałami i beczałam. Ja i wokół nikogo więcej. Łąki, drzewa, błękitne niebo, słońce, lasy, cisza i tylko śpiewające ptaki za kompanów. Mistyczne przeżycie.
170 km.
171.
172.
173.
.
.
.
180 km.
Czas – 7:12:19, tempo -25 km. Miejsce 223.
Wjeżdżałam do strefy i znowu płakałam. Tym razem ze szczęścia. Od wskoczenia na rower marzyłam tylko o tym, by stanąć na tych zawodach na swoich osobistych nogach. Pragnęłam poczuć pod stopami asfalt, bo wtedy odejdzie niepokój.
„Teraz żadne przeszkody z zewnątrz nie staną mi na drodze do ukończenia Ironmana”.
Czas w T2 – 3:28.
„Uwielbiasz biegać, masz za sobą niezliczoną ilość półmaratonów przebiegniętych na zawodach i treningach, cztery maratony i jeden ultramaraton, znasz swój organizm, znasz swoje potrzeby na biegu, wiesz, na co cię stać i wiele sytuacji jesteś w stanie przewidzieć. Nic nie jest cię w stanie zaskoczyć”.
Takie miałam przekonanie.

Jakże się myliłam…

Owszem, ogarnęła mnie euforia, że już bliżej niż dalej, że mam na wyciągnięcie ręki moich wiernych kibiców – rodzinę i prawdziwych przyjaciół, że najgorszy etap za sobą.

Ale!

Co z tego, jak nogi mam sztywne jak kołki.
Głowa pędzi, a nogi nie podają.
Przez moment ogarnęła mnie refleksja, że właśnie tak musi się czuć wielu starych ludzi.
Umysł w pełni sprawny, witalność rozsadza serce, a ciało odmawia posłuszeństwa. Jakby jakaś siła od środka trzymała je w garści. Albo jakby ktoś związał je marynarskim sznurem. Albo jakby mieć przytwierdzone do kostek hamulce.

Nigdy wcześniej nie doznałam takich odczuć.
I nigdy w jednym czasie i miejscu nie towarzyszyło mi tyle skrajnych emocji. Siedem razy w sumie byłam na stadionie, mijałam widownię, obcych mi ludzi wołających mnie, wiwatujących, skandujących, czułam się jakbym była odurzona jakimiś środkami pobudzającymi, jakby mi ktoś wsadził w zadek nitroglicerynę i podpalił lont. Pętle może i są nużące, ale to ich jedyna wada. Potem już są tylko zalety.
Bardzo przydało mi się towarzystwo w Myślęcinku mojego przyjaciela ze szkolnej ławki – Krzyśka, który też miał robić w tym roku IM, ale na mojej czterdziestce tak złamał nieszczęśliwie nogę, że wykluczyło go to ze startu. Jego parokrotne „bycie ze mną” oceniam jako kluczowe dla powodzenia mojego maratonu. Przepraszam z tego miejsca wielu moich kibiców za szorstkość w obyciu i obojętność na ich serdeczne reakcje. Pamiętam, jak wiele razy na pytanie „Potrzebujesz czegoś?”, „Podać ci coś?”, odpowiadałam tylko: „Nie. Ryczeć mi się chce”. I beczałam. Tak przynajmniej było do czwartego okrążenia. Do tego upał nie odpuszczał mimo późnego popołudnia. Właściwie od rana była lampa. Potem podeszłam do sprawy tak zadaniowo, że nawet Krzyśka poprosiłam, by prześledził, ile minut mam do mojej rywalki w kategorii. Dostałam wiatru w żagle i chociaż parę razy także wymiotowałam, nie przeżywałam już tego tak jak na rowerze. Podobnie jak na kolarskim etapie tutaj też dużo jadłam i piłam – żele i banany oraz wodę podawane przez znajomych i brane na punktach. Nie mogłam przebijać piątek, bo ręce miałam ufajdane od banana, którego „cycałam” jak dzidzia smoczka. Aż zjadłam i wtedy od razu brałam i memlałam następnego. Jestem pewna, że to właśnie ciągle przyjmowanie jedzenia nie odcięło mnie nawet na moment. Poza punktami żywieniowymi, przy których przystawałam na kilka sekund, nie przeszłam na tym maratonie nawet jednego metra. I choć odczuwałam na koniec niedosyt, bo myślałam, że pobiegnę szybciej, to fakt, że bieg pozwolił mi na uplasowanie się na 99 pozycji sprawił, że przestałam mieć do siebie „wąty”. Okazało się, że to był naprawdę obiektywnie dobry występ. Czas maratonu – 4:28:03.
I naprawdę nie szło biec szybciej.
Na przedostatnim kółku przez kilkadziesiąt metrów towarzyszył mi kolega i jednocześnie mistrz tri Krzysiek Ejsmont. Oprócz słów uznania pod moim adresem, które bardzo mnie zmotywowały, powiedział mi coś, co zapamiętam do końca życia.
„Bo widzisz, Olka, z Ironmanem jest jak z dzieckiem. Masz dziecko, prawda? Mężczyźni nie rodzą, ale niektórzy coś mogą na ten temat powiedzieć. Na przykład ja.
Najpierw chodzi się w ciąży. To okres przygotowań. U mnie trwał pełnych dziewięć miesięcy. U ciebie podobnie, bo przecież pamiętam, jak zaciekle trenowałaś w SF. Potem, po długim okresie oczekiwania, podczas którego znosisz wiele bólu, któremu towarzyszą wyrzeczenia i poświęcenie, następuje poród, czyli właśnie to, co teraz robisz
– w twoim przypadku paręnaście godzin, u mnie dziesięć. W wielkim cierpieniu odbywa się proces rodzenia dziecka. I znowu czekasz. Czekasz na cud narodzin. Twoim cudem będzie za chwilę meta. Potem oczywiście też będzie bolało, ale to, co nastąpi za jakiś czas, nie da się opisać słowami. Ogromna satysfakcja i radość. Ironman to twoje kolejne dziecko. To duma. Do końca życia”.
„Krzysiek, a mogę cię zacytować na moim blogu?”. „A cytuj, co uznasz za stosowne. To moja autorska wizja IM”.
Gdy zbliżałam się do mety, nie słyszałam za wiele i też niewiele widziałam.
Niewiele pamiętam z mojej perspektywy. Odtwarzałam wszystko tylko dzięki filmom. Nastawał zmierzch. Moi przyjaciele przesunęli się blisko mety.
Pamiętam, że była wrzawa. Grała muzyka. A może i nie?
Podniosłam ramiona i zacisnęłam pięści w geście triumfu. Na wyświetlaczu pokazał się czas – 13:44:07.
Zbliżałam się do mety i czułam jak moje ciało przeszywa fala gorąca i zimna. Miałam dreszcze na całym ciele.

Biegnę.
Coraz szybciej i szybciej.

13:44:08.
13:44:09.
13:44:10.

I nagle.
Taaaaak!
Zrobiłam to!

Jestem kobietą z żelaza.

Ściskam w duchu sama siebie.
Jestem jednak twarda sztuka. Mimo tych wielu łez.
Mam do siebie wielki szacunek.
Za upór.
Za determinację.
Za samodyscyplinę.
Za walkę do końca.
Za to, że jestem silna psychicznie i fizycznie.
Sama sobie zaimponowałam.

Dostaję medal. Z przejęcia nie wiem, co mam robić, gdzie iść.

Obcy ludzie w strefie finiszera gratulują, ściskają, a ja… znowu płaczę. „Gratulujemy!!! Kibicowaliśmy ci!!! A wiesz, że stajesz na podium?”.

Nieeeee. To niemożliwe. To pomyłka.

Idę do namiotu. Dają tam piwo. Napiłabym się, ale przyjechałam tu rano autem. Wrr.

Biorę koszulkę finiszera, arbuza w rękę i idę do moich.

Już słyszę, jak piszczą i jak mnie wołają.
Ogromne wzruszenie.
Ileż ja wylałam dziś łez. Oni też płaczą. Mama, moje przyjaciółki. Wszyscy. Mój trener pływacki też nie ukrywa wzruszenia. Ściskamy się. Dziękuję im. Są kwiaty, wybucha korek od szampana, fruwa wokół konfetti. Czuję się jakbym była mistrzynią Polski. I to właśnie dzięki moim wspaniałym kibicom. W tym miejscu chcę podziękować kochanej Ani Piórkowskiej – za transparenty, balony, obecność do końca i znoszenie mojego okrutnego zmęczenia, gdy już wszyscy rozjechali się do domów.

Nagle słyszę.
„Ola stajesz na pudle! Jesteś trzecia w kategorii!”.

„To pomyłka. Czytałam regulamin. Jeśli w kategorii K45-49 są tylko dwie zawodniczki, spadają do kategorii niższej. A jedna z nich była ode mnie lepsza”.

Zgiełk. Wrzawa. Chce mi się siusiu.

„Co Ty gadasz! Masz to” – ktoś ze znajomych zapewnia.

Spotykam mojego trenera z Trispace. Gratuluje mi, cieszy się, ściska. Dziękujemy sobie za współpracę. Dzielę się z nim refleksją na temat połączenia kategorii. „Nie na Mistrzostwach Polski. Na mistrzostwach IM zawsze kategorie liczą co pięć lat. Masz pudło i koniec!”

Oszołomienie.

Czyli jednak ma się stać to, o czym zamarzyłam dokładnie rok temu?
Idę do namiotu orgów, bo może jednak czas jechać do domu.

– No tak. Jest pani trzecia w kategorii.
– Ale…
– Staje pani na podium.
– …

To się dzieje naprawdę.

Skłamałabym, gdybym nie kalkulowała mojego wyniku. Liczyłam, że może będzie około 13:15.
Ale wiem, że te 13:44 było szczytem moich możliwości.
Ten wynik niemal co do sekundy wytypowała w konkursie ogłoszonym na moim blogu kilka dni przed startem znana bydgoska biegaczka Marta Szenk, którą w ramach nagrody mam wielką przyjemność jutro zaprosić na kawę i lody.

„Schładzanie”

Gdybym zrobiła to w czasie 14:59:59, byłabym dumna z siebie tak samo. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie wysiłku włożonego w te zawody, kto ich nie ukończył. Słowa „To jak? Kiedy podwójny IM?” wypowiadane przez ludzi, którzy nigdy nie zrobili nawet 1/8 tri, wkurzają mnie jak mało co. „Jak to kiedy? 1 kwietnia!”.
Wszystko musi zagrać, wszystkie tryby jak w zegarku muszą wskoczyć na swoje miejsce, nie wolno pozwolić sobie na pomyłkę, jak choćby na opóźnienie w jedzeniu. Ten limit – 15 godzin – nie jest ustalony przypadkowo. Teraz to wiem. By się w nim zmieścić, trzeba być silnym i fizycznie, i psychicznie.

Co to znaczy być kobietą z żelaza?

Lubię sukienki, szpilki i torebki. Lubię malować usta i paznokcie na różowo i czerwono. Lubię perfumy. Lubię być rozpieszczana. Lubię czuć się zaopiekowana.

Ale ponad wszelką wątpliwość lubię przekraczać granice, pracować nad sobą, stawiać sobie nowe cele, rozwijać się, odkrywać nieznane dotąd obszary swojego jestestwa.
Ironman mi to umożliwił.
Czuję się spełnioną kobietą.

Tomi powiedział mi na kilka dni przed Ironmanem: „Zobaczysz. Zrobisz to i powiesz sobie, że to wcale nie było takie straszne”.

Mijają dwa tygodnie. Dziś patrzę na to, co wydarzyło się 19 sierpnia, na pewno inaczej niż wtedy. Faktycznie, nie było to AŻ takie straszne. Jedynie na potrzeby wpisu starałam się wszystko szczegółowo odtworzyć. Powoli w niepamięć idzie „smak bólu”.
Dokładnie tak jak z porodem. Miliony kobiet zarzeka się po urodzeniu dziecka, że nigdy więcej.
Po czym rodzą drugie, a potem trzecie dziecko.

Mija czternasty dzień, a ja nie byłam jeszcze na żadnym treningu. Takie skutki Ironmana.
Ale jutro pójdę na pewno.

Jakie cele?
W maju w Edynburgu odbywa się maraton. Chciałabym tam być.

***
Tym wszystkim, u których budzi się marzenie o Ironmanie, powiem tylko jedno. Jeśli dbając o swoje zdrowie, podejdziecie do sprawy dojrzale, jeśli macie szansę, by wsparła Was w realizacji celu wyrozumiała rodzina, jeśli macie świadomość, że trzeba będzie przewartościować na rok Wasze wspólne życie, jestem pewna, że staniecie do walki o tytuł ludzi z żelaza.
A potem tylko pokonać 226 km w limicie 15 godzin i już!

Na liście startowej dzień przed zawodami było 340 osób.
Do zawodów przystąpiło 257.
Ukończyło je 227 zawodników, w tym 19 kobiet.

Byłam jedyną bydgoszczanką, która w tych Mistrzostwach Polski stanęła na podium.

***

Oczywiście, że pytam samą siebie.

„Czy kiedykolwiek jeszcze zrobisz Ironmana?”
I odpowiadam przewrotnie.
„Przecież to jasne, że przecież nigdy więcej”.

Tyle że… przecież powszechnie wiadomo, jak wiele mądrości kryje się w maksymie:

„Nigdy nie mów nigdy”. ????

Dziękuję fotografom za przepiękne pamiątki:
Pawłowi Malinowskiemu, Mariuszowi Kryske, Zygmuntowi Lemańczykowi i wielu wielu innym znajomym.

#długośćmaznaczenie

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.