Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.
Nigdy nie trenowałam dłużej niż 6:30 h. Wtedy, czyli dwa lata temu, przebiegłam w naszej puszczy ultramaraton. Jakim był on pikusiem, przekonałam się dopiero po zrobieniu treningu, o którym chcę Wam troszkę opowiedzieć.

7:20 h to mój dzisiejszy czas spędzony na rowerze, a potem biegu.

Pierwszy raz w życiu wykręciłam 141 km i po kilkunastu minutach zabrałam się za dystans, który zakładał pokonanie 21 km.
Oczywiście, że były przerwy, bo bez nich nie dałabym (chyba, tak myślę?) rady. Na toaletę, na jedzenie, na napełnienie bidonów i na zdjęcie.
Bo czemu nie?

Wyjechałam z domu przed porą obiadową, a wróciłam po kolacji. Zrobiłam kilka pętli na odcinku „Białe Błota – Trzciniec – Zielonka – Przyłęki – Brzoza – Kruszyn Krajeński – Lipniki – Murowaniec – Łochowo”. Mały ruch i przez to bezpiecznie. Normalnie znam tam już chyba każdy znak drogowy. Na wielu fragmentach w weekendy więcej rowerzystów niż aut.

Mijałam tych, którzy robią treningi przed pracą, i takich, którzy robią je po.
Obserwowałam słońce na bezchmurnym niebie, które z upływem godzin chowało się za chmurami, najpierw białymi jak owieczki, potem ciemnymi jak ołów. Z tej najbardziej ołowianej nawet delikatnie popadało. Gdy skończyłam trening, niebo było czarne jak smoła.

Odczuwałam cały wachlarz emocji. Cieszyłam się, że w końcu to robię, bo przez mały wypadek (nierowerowy), który miał miejsce niecałe dwa tygodnie temu, i skończył się pięcioma szwami na łuku brwiowym, lekarz zabronił mi dużego wysiłku do momentu wykonania tomografu i wnikliwego badania okulistycznego.
Cieszyłam się więc, że już mogłam wrócić do mocnych treningów (w czwartek mam mieć pierwszy OW po 18 dniach przerwy), że byłam wyspana, że dobrze nastrojona i najedzona, a zatem wyeliminowałam wiele powodów, które mogłyby popsuć mi trening.

I faktycznie, towarzyszyły mi dotąd nieznane, oprócz bardzo znanych, odczucia.
Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię treningi w samotności.
Po setnym kilometrze ostatnie 40 były już naprawdę pryszczem. Ale z racji mojej niecierpliwiej natury kontrolowałam tempo każdej piątki i odliczałam, ile jeszcze do końca.
O bosz, jeszcze tyle…
Ooo, tylko tyle!

Tyle że dalekie przy 30 km widmo półmaratonu, które z każdą dyszką nieubłaganie się zbliżało, przy 130 odebrało niemal całkowicie radość z faktu kończącego się wkrótce etapu rowerowego.
Babie nie dogodzisz…

To był właściwie najważniejszy trening do IM. O wiele lepszy od 1/2 IM.

Dowiedziałam się o sobie znowu czegoś nowego.
Jedzenie na rowerze wchodziło jak po maśle, za to na biegu sama o nim myśl sprawiała, że wszystko mi rosło w gardle.
Nigdy dotąd na żadnym rowerowym treningu ani zawodach jelita nie odmówiły mi posłuszeństwa. Dziś niestety miało to miejsce. Może i do wysmarkiwania gili z nosa chusteczki są mi już niepotrzebne, bo uwierzyłam Waszym zapewnieniem, że przecież to tylko woda, niemniej nikt mnie nie przekona, że w lesie nie są bezcennym elementem wyposażenia sakwy.
Co do opróżniania nosa, szybciej opanowałam naukę zmiany dętki niż smarkania za siebie, ale i to mam już w małym palcu – choć zawsze obejrzę się, czy ktoś mnie przypadkiem nie widzi. O pochlapaniu kogoś z tyłu nawet nie wspomnę, a takie rzeczy mają miejsce i niestety znam to po ostatniej połówce z autopsji. Nawet głupiego „sorki” nie było mi dane wtedy usłyszeć. Fuuuj.

Wracając do tematu, bo dygresja się z lekka rozciągnęła, ponad 7 godzin na treningu to praca oprócz tego, że nogami, to, a właściwie przede wszystkim, jednak głową. Szukałam tematów do przemyśleń, prowokując umysł, by nie sprowadzał mnie tylko do roli kontrolera czasu, tempa czy tętna.
Rozglądałam się więc intensywnie, wąchałam las, zajmowałam się analizą różnych życiowych sytuacji, relacji z kobietami, mężczyznami i synem, pogrzebałam w przeszłości, tej bardzo odległej i tej zupełnie bliskiej, ale i snułam wizję przyszłości. Nie nudziłam się. I nie spinałam.
Przystawałam, gdy czułam, że właśnie teraz muszę. A nawet bardziej chcę.
Kontemplowałam ciszę.
Szukałam też inspiracji do nowych opowiadań, a nawet wymyślałam tytuł mojej książki, o której wydaniu myślę coraz intensywniej. Będzie to zbiór opowiadań bynajmniej nie o Ironmanie czy bieganiu. Ci, którzy mnie czytają, wiedzą, że równie chętnie, co o sporcie, piszę o ludziach i życiu w ogóle. Część historii mojego autorstwa nigdy nie ukazała i nie ukaże się na blogu, za to w książce pojawi się na pewno. ????

Podjechałam do restauracji „Jadło Biskupinek”, chcąc tam kupić wodę, ale nie musiałam tego robić – dzięki przychylnemu podejściu pracowników dwa bidony miałam napełnione mineralną za darmo.
Bieganie, mimo że to mój konik, schrzaniłam dziś na maksa, ruszając za szybko i nie mogąc za nic w świecie wcisnąć czegokolwiek do gardła. Wcale nie jestem pewna, czy gdyby dziś był IM, przebiegłabym maraton. Teraz na przykład wiem – zdecydowanie mniej batonów, więcej żeli.

Ale czy takie sprawdziany nie są właśnie po to, by móc wyeliminować potencjalne błędy na egzaminie głównym?
Ha!

Po powrocie dokładnie się obejrzałam, bo ostatnio przywiozłam z treningu kleszcza i skończyło się na wizycie w nocy w przychodni przyszpitalnej. Koło trupa mogłabym zasnąć, ale kleszczy nie dźwigam. ????

Dziś poza swędzącym poparzeniem na udach niewiadomego pochodzenia jestem cała i zdrowa.

I jeszcze zmęczona. Tak strasznie, że aż gadać mi się nie chce.

Ale za to napisać mi się do Was chciało bardzo. I podzielić kilometrowymi myślami.

Jutro wolne!
Ach. Lubię nicnierobienie. Zwłaszcza gdy czuję, że na nie w pełni zasłużyłam.

Dobrej nocy albo, dla jutrzejszych czytelników, dzień dobry. 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.