Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Ten półmaraton to pierwsze zawody w tym sezonie, pierwszy przystanek do sierpniowego celu, jednocześnie pierwszy sprawdzian przed czerwcowym maratonem i… debiut w nowej kategorii wiekowej K40 (dopiero za 6 tygodni mam urodziny i niechętnie odliczam każdy dzień, a oni tak bez pytania i pardonu mnie postarzają; mało tego, to oburzenie są w stanie zrozumieć jedynie kobiety, które były na moim miejscu) Znam na razie tylko jeden powód do radości, że wchodzę w kolejną dekadę – jakby na to nie spojrzeć, konkurencja wśród biegaczek amatorek jednak mniejsza. 

Jeszcze tydzień przed zawodami miałam ambitne plany łamać 1:38 albo przynajmniej biec po życiówkę, czyli skończyć poniżej 1:38:31 (wynik z majowej połówki w Bydgoszczy). W niedzielę poprzedzającą imprezę, rozbierając się na spacerze do cienkiej bluzeczki, pomyślałam: „W końcu wiosna, polecę na krótko!”. Taaa. Gdy przyszło co do czego, plany trzeba było mocno zweryfikować, bo się hrabianka wiosna rozmyśliła. W okolicy piątku było już pewne, że w niedzielę w Gdyni ma być sporo na minusie. Wiedziałam tylko tyle, że nic nie wiedziałam. Przenikliwy ziąb mimo pięknego słońca i choć nie porywisty, ale dość mocno odczuwalny, zwłaszcza na podbiegach (a odnoszę wrażenie, że ¾ tej trasy to podbiegi), nadmorski wiatr pokrzyżował mi plany zawalczenia o wymarzony wynik.
Towarzystwo gdyńsko-warszawsko-bydgoskie dopisało na medal, a atmosfera już w sobotę zapowiadała świetną zabawę także w dzień zawodów. Urządziliśmy sobie pasta party, było swojsko i prześmiesznie. Spałam 6 godzin, rano wciągnęłam sprawdzone śniadanie – klasyczna bułka z dżemem, herba, potem kawa. Klimat super, podstawionym autobusem na start, ustalenia co do miejsca zbiórki i pożegnanie. Czułam się fantastycznie. Byłam idealnie ubrana, WC ogarnięte, sznurowadła sprawdzone, trzy żele powtykane w pas – myśl, że wszystko dopięte na ostatni guzik, dodawała otuchy. Jeszcze fotka w kolejce do depozytu i już tylko rozgrzewka przed startem.
Konferansjer podgrzewał atmosferę hasłami w stylu: „Poczujcie się, jakbyście byli na mistrzostwach świata” czy „Jesteście mistrzami świata!”, co w kręgu osób stojących w mojej strefie wywołało salwy śmiechu. Staliśmy bowiem zbici w kupę, wykonując niezgrabne ruchy w celu rozgrzania się i bardziej niż mistrzów świata przypominaliśmy pajace na zaplątanych sznurkach, którymi ktoś na dodatek niezgrabnie pociągał.
Planowałam zrealizować założenie, które sugerowało przyspieszanie co 5 km i do 15 km świetnie mi to wychodziło. Niestety pierwszy raz w życiu złapała mnie kolka, która trzymała mnie przez 3 km. Nie była dotkliwa na tyle, by uniemożliwić mi bieg, ale czułam, że odbiera mi siły. Akurat wtedy mijał mnie kolega Krzysiek, który, jak usłyszał, że mam kolkę, krzyknął tylko: „palec pod żebra” i poszedł jak kuna! A ja zrobiłam, co kazał i poleciałam dalej.
Potem był moment, że zrobiło mi się bardzo ciepło, więc zsunęłam rękawki, które miałam założone na koszulkę termo, zsunęłam też komin z twarzy. Na przemian zakładałam i ściągałam rękawiczki i tak do 20 km. Upierdliwa ta pogoda bardzo.
18 i 19 km zapamiętam, podobnie jak wielu biegaczy, jako te, które w największym stopniu odebrały mi moc. Gdy zobaczyłam morze na końcówce 20 km, miałam tylko jedno w głowie – od 15 km doganiałam pacemakerów na 1:40. „Złapiesz ich wreszcie czy chcesz skończyć z wynikiem powyżej 1:40?!”. Oj, byłam wtedy dla siebie bezlitosna. Na ostatnim zakręcie, gdzie skandowały tłumy kibiców, nagle pacemakerzy zwolnili i wtedy zdałam sobie sprawę, że przybiegli z zapasem. Dziwnie organizatorzy wymyślili te bramy, bo jak zobaczyłam pierwszą, byłam przekonana, że tam jest meta i gwałtownie przyspieszyłam. Później w rozmowach wyszło, że wielu myślało podobnie. Parę sekund upłynęło, nim zdałam sobie sprawę, że do mety jeszcze spory kawałek – 200, może 300 metrów. I wtedy usłyszałam tych kolesi, którzy prowadzili grupę na 1:40 – „Leć, nie zwalniaj. Masz 150 metrów!”. Nie miałam już sił, już mi się nie chciało nic a nic, ale ciągnęło mnie do tej mety jak muchę do lepu. Spojrzałam na zegarek ostatni raz i wtedy zobaczyłam owoc mojej ciężkiej pracy – 1:39:48. Oficjalne wyniki sprawdzone przed chwilą mówią, że w K40 byłam 12 kobietą, a na 1705 babeczek ukończyłam te zawody jako 76.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie marzyłam o poprawieniu choć o sekundę wyniku tej trasy sprzed roku, czyli 1:38:56. Jednak 5. miesiąc trenowania do Ironmana już częściowo nauczył mnie innego patrzenia na moje wyniki. W obecnej sytuacji jeszcze trochę potu i łez musi upłynąć, bym wskoczyła na właściwe tryby, bym zaczęła poprawiać swoje osiągi, robić życiówki. Analizując kontekst i biorąc pod uwagę, że teraz treningi rozkładam na trzy dyscypliny, podczas gdy ostatnie parę lat intensywnie trenowałam tylko bieganie, jestem z tego wyniku bardzo zadowolona. Powiem więcej. Postawię śmiałą tezę, że gdyby nie bardzo trudne, jak dla mnie, warunki, jest duże prawdopodobieństwo, że otarłabym się o wynik sprzed roku (52 sekundy różnicy), bo rok temu, choć nie było oczywiście lekko, łatwo i przyjemnie, ale na pewno nie było aż jak zimno – leciałam na krótko.
Zdążyłam odebrać worek z depozytu, nim jeszcze zaczął się, ten opisany wszędzie gdzie się dało przez niezadowolonych czy poszkodowanych uczestników, jubel w strefie depozytów, potem szybkie zdjęcie przy podium, które zdążyłam pokazać światu, nim z powodu mrozu padła mi komórka, potem czekanie, aż towarzystwo gdyńsko-warszawsko-bydgoskie zbierze się do kupy i upragniona gorąca kawusia w kawiarence nieopodal Skweru Kościuszki. Przeżywanie, opowiadanie, wspólne fotki. Potem w domku wspólne jedzonko, gorąca kąpiel, i znowu omawianie, porównywanie odczuć, oglądanie zdjęć, salwy śmiechu, komentowanie, co komu poszło lub nie poszło. Życiówki, obtarty palec, komu się chciało siusiu, kto się ubrał dobrze, a kto najlepiej. I oczywiście wzajemne gratulowanie. Lubię to gdyńsko-warszawsko-bydgoskie towarzystwo. Już nie pierwszy zresztą raz obstawiaiące sportowe imprezy razem. Za rok oczywiście także chcemy w tym składzie, bo dobrze nam ze sobą. A na koniec dnia spacer po plaży w Orłowie z moją przyjaciółką.
To był uroczy weekend. Piękny i niezapomniany. Bogaty w nowe doświadczenia, bo każdy taki bieg czegoś nowego uczy. Dla mnie to był bardzo ważny start. A za miesiąc półmaraton w Poznaniu i tam także wraz z Martą będziemy się starać ze wszystkich sił poprawić siebie. I mam cichą nadzieję, że nam w tym pomożecie.
Dziękuję Wam raz jeszcze! A szczególnie paru osobom.
Wszystkim biegaczom, którzy przekroczyli w niedzielę metę tej połówki, bardzo gratuluję, a jeśli na dodatek są z siebie zadowoleni, to już w ogóle super ekstra!

PS
A K40 nie jest wcale takie złe. Konferansjer miał rację – jestem dla siebie mistrzynią świata. 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.