Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Królewski najlepszą lekcją pokory

Na ostatni guzik

Stoję w tłumie. Czekam na  możliwość wejścia do strefy. Ktoś zagaduje mnie po holendersku. Widzi czasy rozpisane na ręce. Odpowiadam, że go nie rozumiem. Przechodzi na angielski. „Taki wynik w taką pogodę? Respect”. Fakt. Żar z nieba już o g.10. Ani jednej chmurki. Zero wiaterku. Nie dopuszczam myśli, że to może wpłynąć na mój wynik. Jednak nie biegam od wczoraj. Wiem, co może być. Doświadczyłam wiele, widziałam jeszcze więcej. Od świetnych biegaczy słyszałam nieraz, że lepiej w deszczu niż w słońcu…  Jednak setek sportowców stojących obok nas słońce nie przestraszyło. Są bez czapeczek. My z Martą mamy. Siusiu zrobione – nawet na zapas, żele są, wszystko jest. To, na co miało się wpływ, dopięte jest na ostatni guzik.

Stanęliśmy obok siebie z Martą i Pawłem, mimo że każdy z nas był w innej strefie. Był taki tłok, że 30 minut przeciskaliśmy się, by dostać się na trasę przedstartową. Ostatnie słowa pożegnania, żółwiki, uśmiechy. Powodzenia!

Ja i moje myśli

Biegnę sama. Pierwszy raz tak długi dystans pokonuję w samotności. W ubiegłym roku ¾ maratonu leciałam z koleżanką, ultra częściowo z kolegami. Teraz za to bez prywatnego zająca, nieprzyklejona do pacemakera, ale z wielkim zapasem pozytywnego myślenia. Od momentu startu towarzyszy mi wielka radość. A właściwie euforia. Dreszcze przeszywają moje ciało.  Adrenalina niesie jak na skrzydłach. Od początku do końca biegu nie mogę w wyjść z podziwu, jak bardzo wielu kibiców dziś świętuje razem z biegaczami. To się po prostu nie mieści w głowie. Tłumy klaszczących i skandujących Holendrów sprawiają, że wpadam w rodzaj transu. Nigdy w życiu nie widziałam tylu ludzi na trasie. Za każdym razem, gdy przebiegam obok wielkiej grupy kibiców, czuję, że moje serce zaczyna być szybciej i że mimo woli przyspieszam. Wybija mnie to trochę z rytmu, ale do 34 km w ogóle nie przeszkadza. Zabawne, bo co udaje mi się wskoczyć w moje ustalone tempo, za chwilę legnie w gruzach. „Uspokój się, dziewczynko… Negativ Split, nie przyspieszaj”. Gadam do siebie od pierwszego do ostatniego kilometra. „Już dobrze, pierwsza dycha za tobą”. Zaliczam każdy wodopój, a między nimi punkty z gąbkami nasączonymi zimną wodą. Schładzam się, biorę je na zapas. Odczuwam symptomy przegrzania, więc oblewam wszystko, co się da, nawet dłonie. Byle nie zmyć ściągi z czasami. Jest przyjemnie, ale tylko na chwilę. Po paru minutach już chce mi się pić, już znowu chętnie oblałabym się wodą. „Biegniesz troszkę za szybko, zwolnij”. W najmniej oczekiwanym momencie „Alesssandra! Poooleeen!” i na nowo frunę, tętno przyspiesza. Piękny stan. I nagle ktoś mnie trąca łokciem. Wyłącza mi się zegarek, wpadam w panikę, włączam, zaczynam coś majstrować przy guzikach, zamiast na tempo bieżące, patrzę na tempo średnie. A ono pokazuje czas inny niż ten, który miałam utrzymać. Przyspieszam. Niepotrzebnie, bo aż kilkanaście sekund na kilometrze. Coś mi nie pasuje. Przełączam na inną tarczę. Spoglądam jeszcze raz. 4:36. Aj. Za szybko. Zwolnij, odpocznij. Jednak to nie zegarek jest moim największym wrogiem. To słońce dziś ukradnie najcenniejsze minuty. Godzina 12. Czuję się dobrze, biegnę miarowo, połówkę kończę w planowanym czasie. Czy jestem zmęczona? Jeszcze o tym nie myślę. Ale zaczynają pojawiać się na trasie biegacze, którzy idą. Zły znak. Zaczyna się. Ciążą mi jedynie mokre od wody spodenki. W butach też ją mam. Patrzę na kibiców. Matki z dziećmi piknikują między torowiskiem. Starsi ludzi na rozkładanych krzesełkach klaszczą i śpiewają. Wzrusza mnie widok dziadka, który na rozłożonym przez siebie stoliku trzęsącymi się dłońmi ustawia kubeczki i zachęca do skorzystania. Prywatny wodopój. Coś pięknego. I znowu ktoś woła „Alesssandra!” Odwracam się i teraz ja krzyczę „POLSKA!”, machamy do siebie. Twarz tego chłopaka mam cały czas przed oczami.

32 km – „Nie maż się! Pamiętaj, lecisz na 3:30”.

Zaczynam liczyć kilometry, a to oznacza tylko jedno. Jestem zmęczona. Upał jest już tak odczuwalny, że nie myślę o niczym innym, jak tylko o wodzie. Paradoks polega na tym, że jestem opita i organizm odmawia posłuszeństwa. Po tym, jak przyjęłam drugi żel, mam odruch wymiotny. Uuu, niedobrze. „Uważaj, dziewczynko”. Głęboki wdech i wydech. Nawilżam usta, piję małe łyczki i oblewam się, ile tylko mogę. Żar z nieba dziesiątkuje swoje ofiary. Ludzi padają jak muchy. Ktoś wymiotuje, ktoś ma drgawki, ktoś przeraźliwie szlocha po tym, jak osunął się na ziemię. A tamtego… cooo? reanimują? To straszne! Jestem przerażona. Nie mogę na to patrzeć. Mam odruchy wymiotne na widok tych obrazków. „Weź się w garść do cholery! Nie maż się! Lecisz na 3:30 i masz być twarda! Wszystko na razie idzie zgodnie z planem. Czas zgodny z tym, który jest na dłoni.

34 km – myśli porąbane siekierą zmęczenia

Tylu kibiców, którzy mnie dopingują, ale… i tak to inne wsparcie niż na ojczystej ziemi. Nie rozumiem tego, co mówią, o czym śpiewają. Nie wiem, o co im wszystkim chodzi, bo ich nie rozumiem. W mojej głowie chaos. Ogarnia mnie nieznany dotąd stan. Napływa fala smutku. Czuję samotność. Chce mi się beczeć. Nie mam tu nikogo. Nikogo nie znam. Nikt nie czeka na mnie na trasie. Nikt nie będzie czekał na mnie na mecie.  Jestem sama jak palec.

„Co ja najlepszego wyprawiam?! Po co mi to wszystko! W mojej głowie tysiące myśli. „Co robi teraz Janek? Niedługo wakacje. Urlop z ukochanym. Jak wrócę, jeszcze muszę sprawdzić prace klasowe. Dobrze, że chociaż mnie stanik nie obciera. Jak przybiegnę na metę, na pewno wypiję zimne piwko. Tylko kiedy ta meta? Q…, kiedy ta meta!?”

35 km – biegnie za mnie rodzina

Niemal co chwilę patrzę na zegarek. Biegnę w wyznaczonym czasie, ale przychodzi mi to z coraz większym trudem. Nienawidzę tego słońca. Na horyzoncie dwa wielkie telebimy. Zmieniają się na nich twarze ludzi. Nagrali się i wysłali do organizatorów pozdrowienia i życzenia dla  biegaczy. Zbliżam się do tych telewizorów z nadzieją, że i ja zobaczę moich bliskich. I nagle na wielkim ekranie pojawia się twarz mojego brata. Za nim pomnik Kopernika. Nagrał dla mnie filmik! Mówi do mnie! Śle życzenia i całuje. A ja biegnę i beczę. Ze szczęścia. Mam ciarki na całym ciele. Nie zatrzymując się, szlocham. Za chwilę drugi telebim i, nie otrząsnąwszy się jeszcze po tamtym, nagle widzę mojego Syna. Boże! Co za radość. Już nic nie słyszę. Jestem tak wzruszona, że ledwo biegnę (później dowiedziałam się, że nagrała się też moja mama, ale trzech telebimów niestety nie mieli). Moi Kochani! Jak się cieszę, że jesteście ze mną. To tak, jakbyście pobiegli za mnie. Dam radę. Dobiegnę.

40 km – pragnienie ciszy

Cudownie, gdy towarzyszą sportowcom kibice. Ale po raz drugi w życiu (pierwszy raz na połówce w Gdyni) doświadczyłam czegoś, co nazwałabym wstrętem do hałasu. Było mi wręcz niedobrze, miałam gęsią skórkę. Chylę czoła wszystkim, którzy wspierają biegaczy na trasie i zrzucam mój przedziwny stan tylko i wyłącznie na całkowite wyczerpanie.

Wszechobecny hałas, wszechogarniający tłum. A ja w epicentrum. Jeszcze troszkę. Kilkaset metrów. Żadnej kobiety na trasie. Jestem z tego dumna. To dodaje mi sił. Ciężkie od wody spodenki, stanik przemoczony, buty jak kalosze. Ale nic już nie jest ważne.

Spoglądam na zegarek. 3:30:30.

Widzę metę. Mam te same dreszcze co trzy i pół godziny temu. Jestem w tym samym miejscu. Tyle że wtedy niewiele wiedziałam, czym jest maraton. Pierwszy mój Królewski, wspominany z ogromnym sentymentem, biegłam jednak po to, by go ukończyć. Minął rok, a ja postawiłam sobie za cel przebiec go znowu, tyle że w czasie, który dla wielu wprawionych biegaczy jest, jak mówi mój doradca, nieosiągalnym marzeniem. Otaczam się życzliwymi ludźmi, którzy od początku we mnie wierzyli, ale skądinąd wiem, że są i pseudożyczliwi, którzy zacierali ręce i chuchali w pięści, bym nie ukończyła tego biegu z wymarzonym rezultatem.

Pokonałam Cię, Maratonie!

Ukończyłam NN Marathon Rotterdam w czasie 3:31:05. Jestem szczęśliwa. Dałam z siebie wszystko, chociaż o dziwo maksymalne tętno to 176. Na to, na co miałam wpływ, wpłynęłam najlepiej jak potrafiłam. Byłam perfekcyjnie przygotowana i owocny plon ciężkiej pracy zebrałam na holenderskiej ziemi, poprawiając swój dotychczasowy rezultat o 40 minut. 2017 rok na szczęście się jeszcze nie kończy. Skoro nie udało mi się złamać 3:30 w Rotterdamie, powalczę o ten wynik jesienią w Poznaniu. Chociaż, kto wie, może po udanym sezonie poprzeczkę podwyższę do 3:25? Jedno jest pewne. Będzie mi przyświecała myśl o tym, że… maraton to najlepsza lekcja pokory.

Było miło, ale się skończyło

Moja przyjaciółka ukończyła swój pierwszy maraton w czasie 4:11. Jestem z niej bardzo dumna. Gdyby nie te warunki, jestem pewna, że złamałaby 4:00. Chłopaki także dali z siebie wszystko. Brawa za walkę, Panowie! Znaleźliśmy się wszyscy, porobiliśmy zdjęcia i czas coś zjeść. Plany były pojechać do Amsterdamu, nad morze i najlepiej jeszcze objechać pół Holandii. Tyle że to były plany, zanim zaatakowaliśmy 42 km. Teraz marzyliśmy tylko o jednym. Być w domu.

Zdarza mi się to bardzo rzadko, ale w przypływie euforii zaliczyłam z moimi kompanami McDonalds’a. Jak się je tam raz na pół roku, a po maratonie w szczególności, to wszystko smakuje jak z najdroższej restauracji. Maraton i słońce odwodniło wielu, w tym mnie. Dopiero po kolacji, pierwszy raz od godziny 10, odwiedziłam toaletę. A była g. 18.

I właśnie wtedy najedzeni tacy, pasibrzuchy takie, uświadomiliśmy sobie najprawdziwszą prawdę – czas wracać. I to był najsłabszy punkt tej wycieczki. Jeśli kiedykolwiek jeszcze pojadę na maraton autem, będę pierwszą, która namawiać będzie towarzystwo do jednego dnia wolnego. Dzielny Lutek, nie dość, że kierował całą trasę do Holandii, to jeszcze ¾ drogi powrotnej. Z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy powie: „Ola, dasz radę mnie zastąpić?”, aż się doczekałam. Juuupi, przynajmniej na dwie godziny rozprostowałam nogi, przy okazji debiutując na niemieckiej autostradzie jako kierowca. Dzięki, Wojtek, ze tę frajdę. I za zaufanie. Tak czy siak, zmasakrowane mięśnie, dodatkowo obciążone na trasie, regenerują się u mnie do teraz. A jest Wielka Sobota.

To był wspaniały czas. Jestem bogatsza o nowe doświadczenia. I oczywiście śmieję się z siebie, wspominając moment, gdy mówiłam, że dobrze, że stanik mnie nie obciera, bo on może i nie, za to pasek od pulsometru narobił wielu szkód na ciele, czego wtedy, rzecz jasna, nie czułam. Uśmiecham się też na wspomnienie chwil, gdy przeklinałam, że biegnę ten maraton i zarzekałam się, że już nigdy więcej. Jestem co prawda słowna, ale w tym konkretnym przypadku… do zobaczenia 15 października w Poznaniu!

Serdecznie pozdrawiam biegaczy z Krakowa, którzy w Miasteczku Biegacza zakotwiczyli się obok nas. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, a w takich okolicznościach usłyszeć polski język i pogadać z naszymi – wielka radość! Od słowa do słowa i pstryk – mamy wspólne zdjęcie. Kuba, dziękuję za fotkę. Panowie! Zapraszamy na zawody do Bydgoszczy. Najbliższy, który szczególnie polecam, Bieg Instalatora, na dyszkę, już w połowie maja.

Bardzo dziękuję mojej rodzinie za wsparcie na trasie, mojemu lubemu, przyjaciołom, Krzysi i Madzi za ciepłe słowa, oraz wszystkim, którzy we mnie nie zwątpili i kibicowali na odległość.

Ale szczególne podziękowania należą się Kamilowi. Nie byłabym w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie jego siła przekonywania, nieustępliwość i determinacja. Jako biegowy mentor jest moim największym autorytetem. Ma wiedzę i umie ją przełożyć na praktykę. Jest dobrym nauczycielem, tym bardziej, że nie należę do pokornych uczennic. Wiem, że sama biegając, mogłabym wyrządzić sobie więcej szkody niż pożytku. Dziękuję za te cztery miesiące przygotowań, Wojowniku, i za słowa: „Jestem szczęśliwy, że mogę z Tobą współpracować”.

A Wam, Drodzy Czytelnicy,

życzę Świąt pełnych radości, miłości, bliskości i słońca – nie tylko na niebie, ale przede wszystkim w sercu.

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.