Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Z okazji 50 urodzin Jarka

Nie jechałam na ten bieg z wielką ochotą. Od kilku dni borykam się z problemem bezsenności, który potrafi zniweczyć plany nawet najlepiej przygotowanych do startów biegaczy, a co dopiero amatorów, którzy z biegania nie żyją, a robią to oprócz wielu innych czynności, nie mówiąc o pracy, dzieciach, domu. Ja w każdym razie bardzo odczuwam podczas biegów skutki okłamanych nocy. Strzeliłam sobie nawet po obiedzie drzemkę, ale to przecież nie to samo.

Dzisiejszy bieg miał być treningiem przed majowym półmaratonem. Niemniej, jak już się tam pojawiłam, pomyślałam: „Powalczę”. Plac przed Barem pod Kogutem w Puszczy Bydgoskiej, gdzie miał miejsce start, powoli wypełniał się zawodnikami i kibicami. Zawsze powtarzałam i będę powtarzać – uwielbiam ten czas, gdy witam się z biegaczami, podajemy sobie ręce, są żółwiki, buziaki, cmoki, nawoływania i pozdrowienia. Tak było i tym razem. Kilkuoosobowa reprezentacja z RUN BYDGOSZCZ, bardzo liczna grupa z RUN PASJI, OKONIE, KOLEJARZE i inni, niezrzeszeni w klubach sportowcy spotkali się dziś na URODZINOWYM CROSSIE JARKA z okazji 50 urodzin tytułowego bohatera zawodów.

Puszcza uczy pokory

Od słowa do słowa i przebieżkę robię z Marleną z RUN PASJI. Biegłam z nią ostatni fragment dychy w Koronowie, kiedy to w pięknym stylu wyprzedziła mnie na ostatnim kilometrze. Biegniemy teraz razem i gadamy. Trenuje od roku, ale uprawia fitness. „Ha! Marlena, tu jest pies pogrzebany! Masz mocny korpus”. Mam nadzieję, że nie pogniewasz się na mnie, Marleno, jeśli teraz zdradzę, że jesteś w kategorii K40. Mam do Ciebie wiele sympatii, bo zatrybiło między nami od razu i właśnie dlatego piszę o tym, bo jestem pod wrażeniem Twoich wyników. Ale o tym później…

Nastroje dopisały, pogoda też. W lesie zawsze chłodniej. Było sto lat, wspólne zdjęcie i lecimy z tym koksem!

W sierpniu ubiegłego roku biegłam tą trasą drugi i ostatni raz. I wtedy byłam pierwsza w Open. Ach. Biegłam i wspominałam. Tym razem wiedziałam jeszcze zanim wystartowałam, że stanąć dziś na pudle będzie nie lada wyczynem – nawet w kategorii. Biegły tym razem naprawdę mocne biegaczki, a o dziewczynie, która dziś wygrała, nawet nie myślę w kategorii rywalki.

Przemierzając każdy następny po pierwszym kilometr, nie mogłam sobie wybaczyć, że wystartowałam tak szybko. 4:31 to co najmniej o 30 sekund za prędko. Minęło raptem 8 miesięcy, a ja jakbym miała jakiś zanik pamięci! Kompletnie nie pamiętałam, że tam jest aż tyle górek, a co za tym idzie podbiegów. Co to była dziś za lekcja pokory! Przez większość trasy towarzyszył mi kolega Grzegorz z RUN BYDGOSZCZ, który bardzo starał się mnie motywować, robił mi tunel, oblał wodą kark i nawoływał. A ja sapałam niemiłosiernie, ba! Ja zipałam jak XIX-wieczna lokomotywa. Jedyne, co pomagało mi na chwilę zapomnieć o moim samopoczuciu, to przepiękne widoki. Jest taki moment kilkaset metrów po ostrym zakręcie w lewo, że las wygląda jak całkowicie zdziczały fragment wycięty z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Trzeci raz tam biegłam i trzeci raz miałam identyczne odczucia. Potem jednak już nic mnie nie zachwycało.

Od 5 km zaczęło mnie mdlić i przez 5 następnych kilometrów nie opuszczała mnie myśl, że za chwilę zejdę z trasy. Miałam odruchy wymiotne, co rzadko mi się zdarza podczas zawodów. Udało mi się w pewnym momencie wyprzedzić dziewczynę, która też była już bardzo zmęczona, ale odnosiłam wrażenie, że mój manewr bardzo ją zmotywował, co spowodowało, że cały czas miałam ją na plecach. Walczyła zaciekle, by się nie poddać całkowicie, a ja, by mi starczyło sił, żeby mnie nie wyprzedziła. To się nazywa prawdziwa rywalizacja! Brawa, Aniu!

RUN BYDGOSZCZ i RUN PASJA – biegowe grupy o wspólnym mianowniku

Na ostatnim, płaskim kilometrze dostałam wiatru w żagle. Pokonałam go w czasie 4:44, co po takim wycisku jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Miałam Grzegorza obok siebie i uspokajającą myśl, że zaraz koniec. Ona niosła mnie jak na skrzydłach. Zastanawiałam się, co z Marleną. Została z tyłu, wyprzedziłam ją zaraz na początku. Pamiętałam jej brawurowy myk z Koronowa i z tyłu głowy miałam myśl, że wyścig jeszcze się nie skończył… I oto dochodzi do mnie odgłos już nie jednego kobiecego oddechu, a dwóch. Tak, Marlena jest za mną, a właściwie obok mnie. „Cześć, Kochana!” – mówię, a ja w zamian dostaję jej uśmiech. Biegniemy razem 300/400 metrów. Może uda mi się tym razem ją wyprzedzić? Walczę, ale ona też. Przyspieszam i nagle czuję, że chce mi się wymiotować. Nie mogę szybciej. Po prostu nie mogę. „Leć, Marlena, leć! Masz moc!” I poszłaaaaa!

A ja, swoim tempem, bo Grześ też wyrwał, dobiegłam do mety w czasie 1:00:14. Umarłam i odżyłam. „Nienawidzę Puszczy!” – wołałam. Dawno nie byłam tak „sponiewierana” przez trasę, mimo że średnie tętno to 164, a max – 177. Bywały biegi, w których kończyłam na 183. Wyszły okłamane noce. Ale nie ma teraz czasu na rozważania. Podchodzę do Marleny, do Oli. Jest i Monika. Wszystkie dziś przede mną. Brawa i gratulacje. Każda każdej. To szybkie biegaczki, ale przede wszystkim serdeczne babeczki. Bożenka podbiega z aparatem. Pstyk. Ustawiają się do fotki. Pomyślałam – zrobię im, ale nie, nie ma mowy. „Chodź z nami!”. RUN Pasja i RUN Bydgoszcz. Dwie silne grupy biegaczy – amatorów o wspólnym członie w nazwie i o wspólnym mianowniku. Bardzo symboliczna chwila.

„Za mało śpisz” i dziś masz, babo, wynik

Ciekawość mnie zżera, jak pobiegłam w porównaniu z sierpniowymi zawodami. Spoglądam szybko na archiwalny wpis na fb – 1:02. Hm. 12 sekund gorzej. Czyli jednak nie jest tak, jakbym chciała. Liczyłam na progres, ale widocznie to nie jest trasa na wyniki. Czuję delikatny zawód. Niedosyt. To że wtedy byłam pierwsza w Open, a teraz siódma nie jest dla mnie tak deprymujące, jak myśl, że mimo poprawy formy nie poprawiłam wyniku. Cóż. Mój trener zawsze podkreśla: „Za mało śpisz” i dziś masz, babo, placek. Coś muszę z tym zrobić, bo daleko tak nie ujadę.

Dekoracja. Śpiewamy Jarkowi sto lat, są życzenia i wesoła atmosfera. Wkradło się zamieszanie, ktoś wyszedł, odebrał nie swój puchar, mnie nie wywołano, więc podleciałam do Zbyszka i się dopomniałam o wywołanie. Ale nie szkodzi! Naprawdę to nie miało znaczenia. Wzięliśmy to na śmiech. Przecież to nie olimpiada, a bez elektronicznego pomiaru czasu tym trudniej o precyzję. Poza tym, przecież to urodziny Jarka! Biegacze znają się z organizatorami, zatem swojskie klimaty powodują, ze nikt się nie obraża, nie dąsa, nie fuka. A jeśli ktoś negatywnie komentuje, to po prostu wychodzi z niego nieżyczliwość.

Wręczanie pucharów w deszczu. Mam I miejsce w kategorii wiekowej K 30. Bardzo się cieszę! Bardzo. Potem jest toast i tort. Większość, która została na poczęstunku, nie wychodzi z baru. „Przez twe oczy zielone, zielone, oszalałem!”. Ludzie tańczą, rozmawiają. Zerwanie chmury, a auto kawał od miejsca, gdzie jestem. Zmęczenie wygrywa, chociaż jest tak fajnie, że jeszcze bym została. Jubilat zachęca do zabawy. Inni organizatorzy też. Pełna integracja biegaczy. Wymykam się, gdy nagle, już na odchodne, słyszę: „Ola, Ola, poczekaj! Odwracam się, a tu Andrzej Boryskin: „Masz tę książkę? Czytałaś ją?” Ledwo widzę, bo ciemno i deszcz. „Nieee”. „To proszę, zrób z niej pożytek”.  I wziąwszy ją pod pachę, pobiegłam do auta.

Jadąc ciemnymi ulicami tonącymi w kałużach, myślałam o biegu. I tej imprezie. Pogoda utrudniła zabawę, ale jej nie uniemożliwiła. Dzięki pasjonatom biegania. Chciałoby się rzec: „I ja tam byłam, miód i wino piłam…”, ale powiem tak – dzióbek w szampanie umoczyłam i dwa kawałki ciasta wchłonęłam. Lubię Cross Jarka. Puszcza mnie styrała, przeklinałam ją, ale to przecież oczywiste, że tam wrócę. I oczywiście wszystkim gratuluję ukończenia biegu i wymarzonych wyników.

A w domu, już spokojnie, rozłożywszy się na kanapie, wzięłam do ręki książkę od Andrzeja. O czym? O bieganiu.  To był uroczy gest. Dziękuję, Andrzeju. Na pewno zrobię z niej pożytek.

Ale coś nie dawało mi jednak spokoju. „Przeanalizuję i porównam oba biegi – ten z sierpnia i dzisiejszy”.

Zaglądam do Garmina, patrzę, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę… O jaaaa. Szok. W sierpniu miałam nie 1:00:02, a 1:02. A ściślej 1:02:52. Tam, w puszczy, patrząc na szybko w telefon, pomyliłam minuty z sekundami. Teraz za to sprawdzam dokładnie wpis na fb, bo przecież za każdym razem zdaję relację. Tak. Ja nie pobiegłam gorzej o 12 sekund. Pobiegłam szybciej, poprawiając swój wynik na tej trasie o ponad dwie i pół minuty!

Już w ciszy i samotności, bez oklasków i gratulacji od innych biegaczy – dotarło do mnie, że wygrałam dziś z samą sobą.

A teraz… idę spać. A, i jeszcze jedno. Jarkowi w życiu nie dałabym 50 lat. Góra 42/43. 🙂 Uroki biegania. 🙂 Mam nadzieję, że w Barze pod Kogutem jeszcze się bawią. Mnie pozostaje przyjemna myśl, że i ja tam byłam, choć miodu i wina nie piłam. Za to swój osobisty rekord na Crossie Jarka zrobiłam.

Spokojnej/szalonej nocy!

Dziękuję za zdjęcia Bożence Z., Michałowi M., Wojtkowi J. i Mariuszowi K.

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.