Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.
Latało się do domu napić zimnego kompotu z jabłek, ale najczęściej jednak zwykłej herbaty. Potem pragnienie gasiła gazowana woda z syfonu na naboje. Te z pustą dziurką odkładało się na bok do pudełeczka i mama szła je wymieniać. Syfon czasem strzelał.

Era domofonów przyszła znacznie później, więc przez wiele lat darło się japy, by wynegocjować z mamą „Mogę jeszcze pół godziny?”, „No, prooooszę, maaamo!”.
Tata bardzo tego nie lubił. A mama, chyba pod jego wpływem, też raczej nie. Punktualność ponad wszystko. Jedno było pewne. Nie warto było przeginać, bo kara za spore spóźnienie była najgorsza z możliwych – „Zakaz wychodzenia jutro na dwór” albo „Jutro wracasz o 19”. Naciąganie struny wchodziło więc w grę najczęściej, gdy byli u nas goście. Gdy wracałam wieczorem, ojciec miał na to jeden komentarz: „Drzesz się jak stare gacie na płocie”. A wiadomo, wieczorem zawsze było na podwórku najfajniej. Że też nie byli w stanie tego pojąć…
Jedynie popołudniami znikało się na chwilę. Mniej nas było na dworzu, bo obiad. Wysikać też się należało przy okazji, choć niekoniecznie, bo wszystkie i tak szłyśmy pod balkony.
Skakało się w gumę, bo w klasy to już raczej nie nasze pokolenie. W klasy to nasze mamy. Za to kredą po chodniku serca przebite strzałą, a obok napis w stylu „O + T = WNM” gryzdoliło się z przejęciem niemałym. I kolorowało się je w środku, aż kosteczki palców przetarte były od konfrontacji z asfaltem. Częściej niż często serce wyszło koślawe, ale to jakby sprawa drugorzędna, bo najważniejszy i tak był napis – najlepiej umieszczony w takim miejscu, by inne koleżanki widziały. Te mniej fajne.
Po obiedzie nie było się już głodnym aż do wieczora, za to po powrocie do domu karą było iść najpierw się umyć, bo najlepiej smakowały kanapki te jedzone brudnymi rękami. Najpyszniejsze były z chlebem ze społemiaka, świeżym takim, bo po południu mama przyniosła ten sprzedawany jakby z drugiego rzutu, posmarowanym masłem i na to tylko pomidor. Albo tylko ogórek. O, bosz. Co to był za smak! A jak było to i to, to już w ogóle niebo w gębie. Nie chciało się kończyć kolacji. Odrobina soli i… mmm… Poezja.

Gdy przychodziła sobota albo niedziela, w okolicach podwieczorku niektórzy rodzice zaganiali swoje dzieci do domu, by zaraz potem całymi rodzinami chadzać do pobliskiej lodziarni na lody. Moje ulubione – przy Jesionowej obok szkoły – pewna rodzina zawsze kupowała też na zaś, bo szli z termosem. Nie wiem, jak oni, ale ja brałam dwie gałki – o smaku bananowym i czekoladowym.
W gumę skakało się namiętnie, ale myśmy miały też jednego lata, a może i dłużej, zajawkę na kręconkę. Stawaliśmy na ulicy i całą gromadą, łącznie z chłopakami, skakaliśmy przez grubą linkę. Mieszkałam przy Konopnickiej w wieżowcu obok drugiego identycznego wieżowca, a podwórko i krótka uliczka dojazdowa integrowały dzieciaki i młodzież z obu budynków. Fajniejsi byli chłopacy z tego drugiego. Może dlatego, że mniej nam znani. Nie przeszkadzało to wiedzieć, na którym piętrze każdy z nich mieszka. Siadali na ławce i obserwowali, jak skaczemy.
To znaczy nam się tak wydawało, że nas obserwują. Zerkałyśmy na nich, czy na nas patrzą, a jeśli patrzyli, starałyśmy się skakać jeszcze wyżej i dłużej, w zależności, czy to guma, czy kręconka. My, czyli moje koleżanki, po które się szło czasem już po 9 rano. Z jedną, poznaną dosłownie w piaskownicy, utrzymuję bliską relację do dziś. Znamy się 36 lat. Niektóre były z drugiej klatki, więc jako że ja z 8 piętra, przechodziłam nie dołem i windą, a górą, potem długim ciemnym korytarzem i szybko schodami aż trzęsły się barierki, bo bałam się, że ktoś tam będzie stał. Każda miała te same lęki i czasem, łażąc jedna po drugą, opowiadałyśmy sobie o emocjach, które nam towarzyszyły. A miałyśmy po 8, 10, 12 lat. Nie wiadomo bowiem, co mniej niebezpieczne – korytarzem czy windą na dziesiąte. Oczywiście nigdy nikomu nic się nie stało i myślę, że nie ma to akurat zupełnie związku z faktem, że jeden z wieżowców zamieszkiwały rodziny zawodowych żołnierzy, a drugi milicjantów. Człowiek musiał sobie radzić, jak umiał najlepiej, tym bardziej, że telefony wtedy w naszej jako dzieci świadomości nie istniały w ogóle. A co poradzić, jak koleżanek więcej niż palców u rąk i nóg razem wziętych?
Wracając do wątku, pewnego razu koleżanka niby dla żartu rozpędzonym rowerem wjechała w taką naciągniętą przez nas trzy gumę. Ta wplątała się w pedały i tak mocno naciągnęła, że poranione miałam obie kostki i to do krwi – bo akurat któraś zaczynała dopiero skakać. A to przecież szło od kostek do główki „raz, dwa trzy, raz, dwa, trzy”.

Pamiętam też takie wakacje, kiedy z lubością bujaliśmy się na linie zawiązanej na dzikiej gruszy za moim wieżowcem. Nieproszeni o to chłopcy bujali nas, a my piszczałyśmy w niebogłosy. Podobnie zresztą wyglądało bujanie się do podbity. A potem zawody – kto skoczy z huśtawki dalej. Nieopodal były drabinki, więc nie można było przejść obok nich obojętnie, dopóki nie przemaszerowało się po całych i to z rękami rozstawionymi na boki jak ten bydgoski „Przechodzący przez rzekę”. Jak drabinki, to i ślizgawka. W dół, ale i od razu w górę. Czasem nagrzana letnim słońcem blacha zjeżdżalni tak parzyła w uda i odsłonięte fragmenty pośladków, że piekły jeszcze, gdy się człowiek wieczorem kąpał w wannie. No i trzepak. Wisiało się na nim do góry nogami czasem tak długo, aż skończyło się rozmowę na temat tego czy tamtego chłopaka. Trzymało się spódniczki obiema rękoma i tylko nogi były klamerkami.
Jeden jedyny raz chłopaki z wieżowca obok, starsi od nas o parę ładnych lat, urządzili zabawę w chowanego. Wiele razy był chowany, ale jeden jedyny raz zapytali, czy też chcemy. No pewnie! Teren zabawy obejmował plac między naszymi wieżowcami od Konopnickiej do Kujawskiej. Wtedy wydawał się tak ogromnym obszarem, że znalezienie kogokolwiek w moim przekonaniu było czymś absolutnie nierealnym. Modliłam się więc, by nikt mnie nie zauważył i bym zdążyła prędzej sama się zaklepać. Mała byłam i dość zwinna, więc za każdym razem uprzedziłam tego, kto dostrzegł mnie schowaną w krzakach lub za sklepem, gdzie sprzedała ta ze szklanym okiem.

W przeciągu ostatnich 25 lat opisane Wam podwórko, plac za wieżowcem i pole, na którym bawiliśmy się w chowanego, pojawiało się w moich snach wiele, wiele razy. Nie skłamię, jeśli powiem, że znacznie częściej niż inne motywy z mojego życia czy przeszłości.

Całkiem niedawno zupełnie przypadkiem pojawiłam na moim podwórku.

I miałam w gardle kluchę.
Spojrzałam w okna wszystkich bliskich mi znajomych. I w te, z których mama wołała „I ani minuty dłużej”. I w jego okna też spojrzałam.

Placu zabaw nie ma – stoi za to, wciśnięty niczym plomba, blok ogrodzony płotem. Pola też nie ma – wybudowali na jego miejscu już wiele lat temu kilkukondygnacyjny budynek, w który wkomponowana jest Biedronka.

Uliczka, na której rozstawiałyśmy się ze skakanką i gumą, nie przypomina już tamtej w ogóle. Wtedy, raz na jakiś czas, trzeba było zejść na bok, bo sąsiadowi, który dumnie wyprowadzał poloneza, malucha, ładę albo dużego fiata na spacer, zastawialiśmy drogę. Z biegiem lat pojawiały się auta bardziej cywilizowane. I tak się składa, że szło to w parze z coraz rzadziej uskutecznianą formą wspomnianej rozrywki.
Teraz między sąsiadami i przyjezdnymi toczy się walka o miejsca parkingowe.

Nie urosłam dużo. Od wtedy już prawie wcale. Jedynie co, to się postarzałam.
Ale to miejsce, wszystko, co ogarnęłam wzrokiem tych 25 lat później, wydało mi się jakieś bardzo małe. Jakby się w moich oczach skurczyło.

Cóż za paradoks.

To samo podwórko.
Zmniejszyło się, jeśli chodzi o jego percepcję, a jednocześnie tak bardzo urosło, jeśli chodzi o jego znaczenie.

PS
I wiecie na pewno, co jutro zrobię Synowi i sobie na kolację.
I koniecznie niebawem muszę Go zabrać na „moje podwórko”.

A w kontekście obecnych tropików ta woda z syfonu…

Ech.

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.