Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.
Tydzień temu po raz drugi podeszłam do ½ Ironmana – tym razem na Enea Bydgoszcz Triathlon.

Ten start był dla mnie, o czym wspominałam wielokrotnie, najważniejszym treningiem przed sierpniowym Ironmanem, do którego przygotowuję się od października ubiegłego roku. Przez 10 miesięcy przepłynęłam podczas treningów na basenie i akwenie wodnym ok. 60 km, pokonałam na rowerku treningowym i kolarzówce w sumie 3200 km, przebiegłam ok. 2700 km. W jednym z komentarzy przed zawodami przyznałam się, że moim marzeniem jest złamać na tej połówce 6 godzin.

A teraz od początku…

Od kilku dni towarzyszył mi, o czym zresztą Wam pisałam, niesamowity spokój. Na Rybim Rynku pojawiłam się po 6 rano wraz z moją kochaną Anią, która była ze mną aż do samego końca, czyli do przyjazdu po południu do domu. Muszę się na chwilę przy Niej zatrzymać. Anię poznałam dzięki blogowi i mojej zimowej akcji charytatywnej, w którą się zaangażowała. I tak już przy mnie została.

Nim wybiła 7, zdążyłam już rozweselić się towarzystwem Wujek Porada, mojego pływackiego trenera Matiego i innych kumpli. Weszłam do Brdy tylko po to, by sprawdzić, jak leży mi pianka i jak bardzo zimna jest woda. Pianka spoko, woda spoko, mogę startować.

Wskoczyłam do wody, włączyłam zegarek, pokiwałam z wody Ani, zaczęłam płynąć i w tym momencie uświadomiłam sobie, że zamiast w moim triathlonowym zegarku włączyć opcję „Triathlon”, który liczyłby mi wszystkie etapy i poszczególne czasy na każdym odcinku łącznie w strefami zmian, zagadałam się z kumplami i włączyłam „Akwen wodny”. Oznaczało to, ni mniej, ni więcej, jak tylko kompletny chaos w orientacji czasowej na poszczególnych etapach zawodów. Wściekłam się na siebie bardzo, ale wiedziałam, że złość zabiera mi tylko energię potrzebną do czego innego. Musiałam się więc pogodzić z tym, że czasy poszczególnych odcinków będą orientacyjne, a wynik całkowity wszystkich trzech etapów wraz z dwoma strefami po przekroczeniu mety trudny do oszacowania. Nigdy wcześniej nie popełniłam takiego błędu. Można powiedzieć, że całe zawody zrobiłam „na czuja”.

Pierwszy raz w życiu pokonałam dystans 1900 m tylko kraulem i z tego jestem dumna najbardziej. Mało znaczący jest dla mnie fakt, że na 290 kończących ten etap, byłam 281. Wiedziałam, że jestem bardzo wolna i nie miało dla mnie żadnego znaczenia, że zamykam stawkę. Jeszcze rok temu jedynie co pewien fragment pozwalałam sobie na płynięcie kraulem (było to w Borównie na jeziorze), zatem fakt, że zdołałam wcielić w czyn słowa mojego trenera Matiego, który we wrześniu, biorąc mnie pod swoje skrzydła, na ‘dzień dobry’ zakomunikował: „Odtąd zapominasz, że umiesz pływać żabką”, napawały mnie dumą i wielką radością. Jedynie, na co się wkurzyłam, to na to, że po wyjściu z rzeki zaplątałam się w piankę, ale to niestety muszę zrzucić na karb małego doświadczenia.

Czas pierwszego etapu – 37:06. (dla porównania – w Borównie rok temu było 50:35, choć wszyscy wiedzą, że teraz płynęło się szybciej, bo z prądem rzeki).

Po wyjściu z pierwszej strefy zmian T1 byłam już nie 281., a 276. Ha! Opłaciły się ćwiczenia podczas zgrupowania w Wałczu.

Etap rowerowy wspominam jako dość przewidywalny, bez niespodzianek. Podobno był dłuższy o 2 km od zakładanych 90 km. Zjadłam 5 żeli i batona, piłam wodę i izotonik. Na trasie spotykałam znajomych, ale największą radość sprawił mi widok mijającego mnie Wujka Porady, z którym ścigaliśmy się przez spory odcinek – aż zaniemógł z powodu kontuzji stopy. Nie było podjazdów na Jana Pawła, ale te na Nowotoruńskiej też nie były prościzną nawet dla profesjonalnych triathlonistów, a co dopiero dla takiego leszcza jak ja. Bardzo chciało mi się siusiu i od 50 km obmyślałam plan, gdzie i jak to zrobić. I tak dotrwałam do końca.

Czas drugiego etapu – 3:16:23. Średnie tempo 27,5 km. (dla porównania – w Borównie rok temu było 3:27:58. Jeśli faktycznie było 2 km więcej, to wynik byłby jeszcze lepszy, gdyby było równo 90).

Po tym odcinku byłam już 277, a po drugiej strefie zmian T2 wskoczyłam na pozycję 273.

Bieganie, co nie jest niczym odkrywczym, jest etapem, na który czekam na każdym tri z największym utęsknieniem. Nim dobrze się rozwinęłam, wskoczyłam pod mostem do Toi Toi, bo inaczej odebrałoby mi to komfort biegu.

Ten odcinek odbywał się wzdłuż rzeki w samo południe. Słońce i wysoka temperatura nie pomagały rozpędzić się na maksa, a ci, którzy to uczynili, gorzko pożałowali decyzji na trzecim i czwartym okrążeniu. Biegło mi się bardzo dobrze, ale ostatnie, czwarte kółko wymagało ode mnie maksymalnego skupienia. Rozpraszała mnie myśl, że nie wiem, jak mi idzie, bo nie mogę określić szacowanego czasu całkowitego. Na 19 km czułam, że zwalniam. Zjadłam dwa żele, za każdym razem dokarmiałam się na punktach bananami i piłam wodę na każdym wodopoju. Brałam dwa kubki, drugim oblewając kark, bo żar z nieba nie odpuszczał. Zegarek pokazał dystans półmaratonu, ale okazało się, że odcinek, jaki mam jeszcze do pokonania, ma na oko około 1 km. Podobno było 22,200 km. I wtedy, choć byłam już naprawdę bardzo zmęczona, mniej więcej 500 m przed metą, wyciskając z siebie resztki sił, odpaliłam turbo. Wtedy wydawało mi się, że pędzę 4:00. Zegarek pokazuje jednak coś zupełnie innego. Owszem, było bardzo szybko, ale jedynie na ostatnich 100 metrach.

Biegnąc ostatnie kilkaset metrów, a potem po czerwonym dywanie, byłam przeszczęśliwa, a moje ciało przeszywały dreszcze emocji. Właśnie wtedy najintensywniej myślałam o tym, co czeka mnie za 6 tygodni. „Jeśli teraz jestem tak bardzo zmęczona, jak dam radę zmierzyć się z dystansem dwa razy dłuższym? Co ja najlepszego sobie zrobiłam?”. Właśnie wtedy do głosu doszły najbardziej skrajne emocje. Od nienawiści do samej siebie, przez euforię, że właśnie to się dzieje – kończę ½ Ironmana, po skrajny pesymizm związany z obawami o Ironmana.

I nic mnie wtedy już nie obchodziło. Nawet ostateczny wynik.

Już słyszę skandowanie kibiców siedzących na trybunach. Już ją widzę. To się dzieje!

Mam to!

Meta!

Radość! Radość! Radość!

Zrobiłam to po raz drugi. Dostaję piękny medal, wolontariusz odczepia mi rzep z chipem i wtedy zachwiało mną – ale tylko dlatego, że stanęłam. Młody człowiek pyta, czy wszystko dobrze. Tak.

Idę przed siebie. Nic nie słyszę, choć wrzask i zgiełk wokół.

Szybka lokalizacja – gdzie jest Ania?

Jest! Rzucamy się sobie w ramiona.

I tuląc ją, mówię:
– Ania, ja nie zrobię tego Ironmana…

Zaczęło schodzić ze mnie potworne zmęczenie, którego nie czułam na trasie. Zatrzymany zegarek pokazywał jedynie czas pokonanego odcinka biegowego. Nie wiedziałam nic.

Czas trzeciego etapu: 1:57:35 (dla porównania – w Borównie rok temu było 1:51:07, ale tu trasa była ponad km dłuższa).

Po tym etapie wskoczyłam na 221 pozycję.

Rozmowa z Anią zapoczątkowała coś, co całkowicie wymknęło się spod mojej kontroli. Dopadł mnie nieoczekiwany spadek nastroju. Spora większość startujących uruchamia zegarki i wyłącza je tuż po przekroczeniu mety, mają więc wyniki dosłownie na wyciągnięcie ręki z odchyleniem jedynie kilkusekundowym. A ja nie wiedziałam nic. SMS nie przyszedł, więc poszłam do namiotu przy mecie. Tam pan powiedział, że mam sprawdzić dane w necie. Mój telefon właśnie się rozładowywał, więc szans na sprawdzenie wyniku żadne, tym bardziej, że powerbanka miałam w plecaku w depozycie oddalonym kawał drogi. Ruszyłam odebrać rower ze strefy, a potem po plecak. Mijałam mnóstwo zawodników i ich rodziny. Przykleiłam uśmiech do twarzy, ale w duchu marzyłam tylko o jednym – jak najszybciej uciec stąd, zaszyć się w swojej dziupli. Chcę już do domu. Być może miało to związek z fazą księżyca i/lub innym cyklem znanym tylko babom, ale poczułam przemożną ochotę rzucenia natychmiast całej tej zabawy w tri, wykrzyczenia, jak bardzo jestem zmęczona i w ogóle „Aaaaa! Dajcie mi wszyscy święty spokój!” I jeszcze: „Tak! Macie rację! Nie zrobię tego cholernego Ironmana, bo jestem triathlonowym cieniasem!”.

Pierwszym kumplem, z którym przyszło mi wymienić się refleksjami, był Marcin J. „Jak poszło?” „Średnio”. „Jaki czas?” „Nie wiem”. To oczywiście początek rozmowy. Jako doświadczony ironman wysłuchał, jak bardzo jestem na „nie”, a potem skomentował: „Zrób sobie tydzień przerwy. Organizm sam ci podpowie. Ty do tego Ironmana i tak jesteś już przygotowana”.
Potem spotkałam Macieja K. – też Ironmana. „Co ty teraz? Olka, nie rezygnuj! Triathlon jest dla nas – ludzi po czterdziestce – o wiele zdrowszy niż bieganie”.
A potem spotkałam jeszcze jednego kumpla – maratończyka i triathlonistę – Rafała K., który powiedział mi mniej więcej tak: „Już sam start w 1/2 jest dla kobiety świadectwem niesamowitej siły, a ty przepracowałaś całą zimę. Zaszłaś już tak daleko – nie odpuszczaj”.
I powiem Wam, że te trzy rozmowy były lepsze niż seria wizyt u najlepszych psychologów. Z tego miejsca, Chłopaki, bardzo Wam dziękuję. Takiego doła nie miałam dawno, a Wy mnie z niego choć częściowo wyciągnęliście.
Odebrałam rower i plecak, pożegnałam się z sędziami, a jeden, który mnie zagadał, usłyszał: „Jeszcze tylko widzimy się na Ironmanie i koniec” i wyszłam z hali.

A na zewnątrz spotkałam Kamila i Agatę.
„Co ty powiedziałaś? Że koniec z tri?” – zagadał mój były trener, który podsłyszał wymianę zdań z sędzią. I przystanęliśmy, by pogadać. Dodam, że Kamil to człowiek, który wierzy we mnie bardziej niż ja sama. Każdy podzielił się swoimi odczuciami. Radość, że już po. Fajna woda, ciężkie podjazdy na Nowotoruńskiej, 2 km więcej na rowerze, pogoda masakra, bieg niełatwy i dłuższy o ponad 1 km. Znali swoje wyniki i byli z nich bardzo zadowoleni. Poprawili czasy o ok. 15/16 minut. „A ty?” „A ja nie wiem, kurde, bo nie włączyłam zegarka na ‚triathlon’. Możecie mi sprawdzić?”.
Chwilę trwało, nim Agata wprowadziła mój numer.
– Oluś, 6:12.
– Aha, no to lipa. Czas poprawiłam o 4 minuty… Myślałam, że będzie lepiej… Sami widziecie…
– Poczekaj. Sorki. Źle mówię. Nie 6:12, a 6:00:12. I stajesz na pudle. Jesteś druga w swojej kategorii.

I przyznam się Wam, że to był moment, który bardziej zapamiętam niż przekroczenie mety. Tak. Ogarnęła mnie euforia.
Aaaaa!
Ponad 16 minut poprawiony czas i na dodatek podium – oto moje nagrody!
Wiem, że mój wynik jest obiektywnie bardzo przeciętny, ale wiem też, że nigdy na nic nie pracowałam tyle, co właśnie na moje trzy starty tri w tym sezonie i to liczy się najbardziej. 1/4 IM w Soplicowie, 1/2 IM w Bydgoszczy oraz ten najważniejszy – IM w Borównie za 5 tygodni.
– To co? Już z powrotem kochasz triathlony? – zapytał Kamil, co skwitowaliśmy gromkim śmiechem.

Dekoracja miała odbyć się o godz. 15, więc godzinę spędziłam wraz z innymi triathlonistami i znajomymi w Strefie Finiszera. Było piwo, lody i ciasto. Była rozmowa z trenerem Adamem i gratulacje, uściski z koleżanką Magdą R., która zaliczyła debiut na 1/2. Był gwar, uśmiechy, wygłupy i selfie. Było super!
I wyczekiwanie, bo dostałam wiadomość, że moje Kochanie zdąży z dalekiej podróży na uroczystą dekorację. Gdy zobaczyliśmy się z Tomaszem po długim niewidzeniu w tłumie niedaleko widowni, poczułam wielkie wzruszenie. W najśmielszych snach nie sądziłam, że tak mi się wszystko poukłada.
Zawsze chciałam stanąć na podium na Enea Bydgoszcz Triathlon i spełniłam marzenie.
Wyśrubowanym czasem?
Dla mnie jest on najlepszy na świecie, ale z faktami się nie dyskutuje. Byłam prawie ostatnia na pływaniu i rowerze i tylko bieganie zrobiło robotę. Wspaniałe triathlonistki wybrały inne dystanse lub starty w innych miastach, stąd uważam, że miałam po prostu dużo szczęścia. Nigdy nie ukrywałam, że start w zawodach to sposób, by się sprawdzić, porównać wyniki i zwyczajnie, po ludzku, pościgać. Lubię rywalizację. Jestem ambitna, ale znam swoje miejsce w szeregu.

Dodam na koniec, że przed przystąpieniem do zawodów nie miałam pojęcia, jakie miałam wyniki rok temu w Borównie. Pamiętałam jedynie czas końcowy – 6:16:36. Wszystkie dane sprawdziłam dopiero parę dni po zawodach, stąd takie dokładne informacje w tym wpisie. Zmierzam do tego, że płynąc, jadąc i biegnąc nie miałam żadnego punktu odniesienia, jak mi idzie, czy jestem lepsza od siebie sprzed roku, na którym etapie ile nadrobiłam, a na którym ile straciłam. Wiem, że porównywanie wyników z różnych miejsc też nie jest miarodajne, ale mnie daje choć ogólne wyobrażenie poziomu mojego przygotowania.

A tu trochę cyferek, tylko jeśli chodzi o babeczki.

W zawodach brało udział 29 kobiet.

Etap pływacki – miejsce 29.
Po T1 – miejsce 28.
Etap rowerowy – miejsce 27.
Po T2 – miejsce 25.
Etap biegowy – miejsce 19.

Dziękuję Organizatorom tego przedsięwzięcia. Jesteście profesjonalistami i inni mogą się od Was uczyć.
Wolontariuszom dziękuję za pomoc.
Dziękuję wspaniałym kibicom – z Trispace, Żółtokrólewskim, przyjaciołom, znajomym i nieznajomym – za wsparcie. Jesteście turbo dopalaczami.
I mojemu Tomkowi też… 

Jestem szczęściarą.
I zrobię tego Ironmana.

PS
Nie rezygnujcie z marzeń. I wierzcie w siebie.

Fot. Ania P., Tomasz M., Krzysztof Cieślicki Sisu, Paweł Malinowski fotograf, Aldona Rybka, Magda M., Tomek Mruk Czarne Stopy

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.