Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

„W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego się ma do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj”.

Na te słowa natknęłam się dziś w trakcie czytania książki „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” japońskiego prozaika. Haruki Murakami, poza tym, że jest autorem znanych powieści, jest także biegaczem i triathlonistą. I właśnie to zdanie zainspirowało mnie, bym dziś naskrobała kilka słów o mojej niedzielnej poznańskiej połówce.

Po mroźnym i wietrznym półmaratonie w Gdyni przyszedł czas – po 4 tygodniach – na zmierzenie się z tym samym dystansem, ale w zgoła odmiennych warunkach. Tam 7-tysięczny tłum biegaczy zaskoczyła po wiośnie pełnia zimy, a tu 11-tysięczną grupę sportowców zastała nieoczekiwanie pełnia lata.

Wielu nie było na to gotowych. W tym ja. Myślałam jeszcze rankiem, jadąc z przyjaciółmi do Poznania, że złamię 1:39, a może i otrę się o życiówkę (1:38:31), ale okazałam się być tej niedzieli jak przysłowiowy indyk, któremu w sobotę łeb ucięli.

Uwielbiam słońce i upały, ale już się rozgrzewając, czułam, że plany trzeba będzie dość mocno zweryfikować.
Po tym właśnie biegu już sama nie wiem, co lepsze – upał czy mróz…

Starałam się biec zgodnie z Negative Splitem i udawało mi się to właściwie niemal do końca, tyle że sądziłam, że różnice w czasach pomiędzy poszczególnymi piątkami będą większe. Mimo że od 10 km mijałam ludzi, którzy bieg zamieniali w marsz lub, co gorsza, siadali na trawnikach, a nawet takich, których na te trawniki kładziono, starałam się nie skupiać na tym, co odbiera mi siły. Te obrazki zawsze wywołują we mnie najbardziej przykre emocje. Mimo iż trafiam na sytuacje z udziałem poszkodowanych, którymi już ktoś się zajmuje, i tak zawsze towarzyszą mi myśli: „A może powinnam podejść? Zapytać? Jakoś pomóc?”. I za każdym razem wtedy zastanawiam się, czy ktoś pomógłby mnie, gdybym nagle źle się poczuła.

Wracając do tematu, byłam bardzo skupiona i średnio co 200/300 metrów zerkałam na tempo danego kilometra. Zaczynałam bieg z butelką, w której było tyle wody, by starczyło mi do drugiego wodopoju, ale i tak już od pierwszego punktu za każdym razem piłam i oprócz tego oblewałam kark.

Byłam ubrana lekko, na głowę założyłam cienką białą czapkę i tylko patrzyłam z politowaniem na tych wszystkich, którzy poubierali się w długie legginsy i koszulki lub nie założyli czapek.

Do 15 km biegłam zgodnie z zakładanym planem, aż nadszedł 18, a potem 19 km. Dokładnie tak samo jak w Gdyni nagle straciłam siły do walki. Widać to, analizując poszczególne kilometry – na tych dwóch po 15 sekund więcej.
W pewnym momencie, co zdarzyło mi się ostatnio dwa lata temu, zaczęło mi się robić niedobrze i niestety pojawiły się cofki. Na pewno nie byłam przejedzona żelami, które wciągnęłam na 8 i 16 km. Udało mi się uniknąć najgorszego, czyli zatrzymania, bo wiedziałam, że wtedy będzie już pozamiatane. Ale miałam taki moment, że pomyślałam: „Na co mi to?” i autentycznie chciałam zejść z trasy.
Rok temu będąc na tych zawodach zającem mojej koleżanki, wbiegałyśmy na metę znajdującą się w środku hali. Nie wiedziałam, że w tym roku będzie inaczej. Byłam tak wyczerpana, przemierzając ostatnią prostą przed ostatnim zakrętem, że nawet nie umiałam cieszyć się, że ni stąd ni zowąd moim oczom ukazała się meta. „Jak to? Już?”.

Nie patrzyłam na czas od kilku minut i, choć to mało wiarygodne, pierwszy raz od wielu zawodów nie zależało mi na wyniku. Na tamten moment oczywiście! Gdy dobiegłam i zatrzymałam zegarek, wyświetlił mi się rezultat – 1:39:43 – pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie, była taka: „Gdynia – 1:39:28, więc spieprzyłaś, Tatulińska, spieprzyłaś to!”. Dopiero gdy zaczęłam jasno myśleć, napiłam się i zjadłam banany, wtedy jak grom z jasnego nieba dotarło do mnie: „Przecież w Gdyni pobiegłam 48! 1:39:48!”. Aaaaaaaaa! Poprawiłam czas o 5 sekund!

Radość. Duma. Satysfakcja.

Wspólne rozmowy z przyjaciółmi w trakcie posiłku, potem z kumpelą podczas podróży, a także z innymi, obcymi biegaczami, utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że był to bardzo trudny bieg. Potem doszła do mnie informacja, że Błażejowi nie poszło, że Mezo też niezadowolony, że wielu moich znajomych wróciło z Poznania, jeśli nie załamanych, to przynajmniej odczuwających wielki niedosyt.
Cóż. Jak to skomentował znajomy: „Nie ma dwóch takich samych biegów”. Mój Tatko zawsze mawiał: „Jak nie urok, to sraczka”. Zawsze coś. A to mróz, a to wiatr, a to słońce, a to deszcz.

Grunt, że wykonałam kawał dobrej roboty pod czerwcowy maraton, choć prawdę powiedziawszy, przemierzając 19 km poznańskiej połówki, przeklinałam dzień, w którym wpadłam na pomysł robienia w Sztokholmie maratonu i poprawiania na nim swojej pamiętnej życiówki – 3:29:57. Na samą myśl wszystko mi rosło w buzi. Wszystko, czyli woda z wodopoju. Kochana wiosno, jak ja cię w tym momencie nienawidziłam…

A co do przygotowań, od kilku dobrych tygodni darzę wielką sympatią, zresztą z wzajemnością, treningi interwałowe, dwie ostatnie noce przed zawodami przespałam jak bobasek, byłam nawodniona i, o dziwo, bo nadal nie znoszę, rollerem wyrolowana. I nawet „babskie dni” nie przeszkodziły mi myśleć o zawodach optymistycznie. Przebiegłam je (patrząc na ogólne wyniki, które zamieszczam poniżej) z obiektywnie dobrym rezultatem, więc i teraz towarzyszą mi pozytywne myśli.

Zaczęłam, to i skończę, cytując Murakamiego:
„Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi słowy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę”.
I wiecie co? Czuję dokładnie to samo co ten pisarz. I coraz bardziej się przekonuję, że bieganie ma terapeutyczną moc. Bieganie uczy życia z samą sobą i akceptacji siebie.

A na koniec troszkę cyferek…

Poznań – 15.04.2018
Na 3097 kobiet byłam 59., zajmując 7 miejsce kategorii K40 na 689 startujących w tej grupie wiekowej.
Na 11019 biegaczy obojga płci byłam 1447.

Dla porównania:
Gdynia – 18.03.2018
Na 1705 kobiet byłam 76., zajmując 12 miejsce w kategorii K40 na 575 startujących w tej grupie wiekowej.
Na 6977 biegaczy obojga płci byłam 1170.

Także tego. To był zdecydowanie mój dzień.
I oby więcej takich…

Bardzo Wam dziękuję za wszystkie kciuki, gratulacje pod niedzielnym zdjęciem, ciepłe słowa i gesty. To mnie bardzo motywuje i dodaje wiary w siebie. Ściskam Was gorąco. 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.