Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

64 km – 6:32h.

Jestem ultramaratonką i drugą na mecie kobietą, która dziś przebiegła ten dystans.
Wielka radość, duma i niedowierzanie. Jestem ULTRA LOLA!
Na początek wielkie podziękowania organizatorom tego biegu, czyli Maratonowi Puszczy Bydgoskiej. Jestem pod wrażeniem profesjonalnego podejścia do tematu. Widać, że zrobiliście to z miłości do biegania i do ludzi. Było mi niezmiernie miło uczestniczyć w tym sportowym święcie. Brawa dla Joanny, Łukasza i Wojciecha!

Do startu gotowi, start!
Świetne towarzystwo najpierw obu braci Rydlewskich – moich ziomków z grupy biegowej, potem Marka, niezastąpiona pomoc Kuby – dostarczyciela żeli na każdym kółku, doping znajomych z RUN BDG, w tym Kingi, która uraczyła mnie chrupiącą bułką z tatarem – mmm i cmok, a przede wszystkim wsparcie i wspólny bieg na kilku ważnych dla mnie kilometrach mojego najkochańszego kuzyna Artura pozwoliły mi ukończyć ten bieg z uśmiechem na twarzy.
Jak się biegło? – Cudownie.
Kiedy zaczęłam czuć moc? – Napiszę przewrotnie. Mój trener Kamil wczoraj na ognisku udzielił mi ostatnich, acz bardzo cennych rad, ale jedno zdanie zapamiętałam szczególnie: „Zabawa zaczyna się na 50 km”. I faktycznie, jak zawsze miał rację (bardzo Mu za te wskazówki i oczywiście trenowanie mnie dziękuję), bo do tego momentu biegłam niemal, zgodnie z wytycznymi, jako ostatnia. Aż tu nagle moim oczom ukazały się dwie ultraski, które wyprzedziłam w ciągu 10 minut, a za chwilę udało mi się dogonić jeszcze jedną.

W międzyczasie od tego odcinka do 56 km dogoniłam jeszcze kilku ultrasów płci męskiej (z czego jestem mega dumna). I wszystko szło płynnie do czasu, gdy nagle, na 58 km odwróciłam się i zobaczyłam tuż za mną ultraskę, którą dawno zostawiłam za sobą. No i wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa w ściganie. Odezwał się we mnie zodiakalny byk, a imię Aleksandra nabrało intensywniejszych barw. Heh. 😛
To był najtrudniejszy odcinek z dwóch, łatwych zresztą do przewidzenia powodów.
Pierwszy z nich to oczywiście taki, że byłam już bardzo zmęczona. Sapałam, jęczałam i gadałam do siebie. A po drugie, nie spodziewałam się, że biegaczka, którą wyprzedziłam na 48 km nieoczekiwanie dla mnie zacznie ze mną chwilę przed metą rywalizować. Na szczęście na 60 km czekał na mnie mój kuzyn, który pojawiwszy się na trasie już drugi raz, biegł ze mną od tego momentu do samego końca.
Kryzys? – ha! I to jaki. Jak się rozbeczałam jak dziewczynka na 62 km, to łzy jak grochy płynęły aż do momentu, kiedy nie zdałam sobie sprawy, że za chwilę ukaże się moim oczom meta. A wtedy doszło do mnie, że – fe – nieładnie tak się mazać na koniec, kiedy przecież powinnam skakać z radości, że ukończyłam tak kozacki bieg.
Jaki to stan? – po przekroczeniu mety wyglądałam podobno i zachowywałam się jakbym, delikatnie rzecz ujmując, była co najmniej pod wpływem środków odurzających. Euforia, adrenalina, endorfiny, radość moja i ludzi mi życzliwych wprawiły mnie w stan nieważkości. Zresztą pisząc tę mini fotofelację – leżąc i rozkoszując się smacznym i zasłużonym winkiem, nadal mam poczucie, że ten stan trwa.
I co? I niech trwa jak najdłużej! Bo?
Bo jestem ultra!

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.